W połowie stycznia Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport, który poddał w wątpliwość skuteczność kontroli rynku suplementów diety. NIK zwróciła między innymi uwagę na długi czas (nawet kilkanaście lat), jaki Główny Inspektor Sanitarny potrzebuje na weryfikację powiadomień o wprowadzeniu na rynek nowego suplementu diety. Tymczasem ich liczba nieustannie rośnie. Jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli, w 2020 roku na rynku pojawiało się miesięcznie nawet 300 nowych preparatów z tej kategorii. W kontekście wniosków płynących z raportu NIK po raz kolejny padają więc pytania o bezpieczeństwo suplementów diety (czytaj więcej: NIK o tragicznym poziomie kontroli na rynku suplementów diety…).
Słaba kontrola czy wybiórczy raport?
Eksperci wskazują jednak, że NIK w swoim raporcie wybiórczo potraktował pewne zagadnienia, dochodząc do niekoniecznie prawidłowych wniosków. Zdaniem dr Joanny Uchańskiej – radczyni prawnej i członkini zarządu Krajowej Rady Suplementów i Odżywek – skupiając się na zadaniach GIS, zapomniano o pracy jaką wykonują wojewódzkie stacje sanitarne. Ekspertka w programie „Kwadrans z Farmacją” wskazywała też, że NIK już na wstępie postawił nieprawidłową hipotezę, dotyczącą kontroli suplementów diety.
– Trzeba sobie powiedzieć, że przepisy prawa co do zasady nie zakładają badania tychże powiadomień i wszczynania w tej sprawie postępowań. GIS teoretycznie ma możliwość, określoną ściśle przez przepisy prawa, wszczynania takich postępowaniach wyjaśniających, ale nie jest to jego obowiązek. Poza tym gdyby te powiadomienia były za każdym razem kontrolowane to mielibyśmy do czynienia z tak zwanym systemem ukrytych zezwoleń. A to z kolei nie jest możliwe na unijnym rynku, ponieważ przepisy prawa żywnościowego tego nie przewidują. Poza tym byłoby to również niezgodne z zasadą swobodnego przepływu towarów – wyjaśnia dr Uchańska.
Dyskusyjne zalecenia NIK
Raport NIK ocenia ona jako interesujący, ale wymagający dość dużej wiedzy, by móc go prawidłowo ocenić. Ekspertka wskazuje m.in. że bardzo często błędnie wyciągany jest wniosek o wielkości rynku suplementów diety, w oparciu o liczbę powiadomień, które trafiają do GIS. Tymczasem często producenci wysyłając powiadomienie, ostatecznie produktu nie wprowadzają na rynek.
Dr Joanna Uchańska odniosła się też do propozycji NIK, aby wprowadzić odpłatność za zgłaszanie do Głównego Inspektora Sanitarnego powiadomień o pierwszym wprowadzeniu do obrotu suplementu diety. Najwyższa Izba Kontroli zasugerowała w swoim raporcie, by taka opłata wyniosła 1000 zł.
– Nie wiem jaki jest cel wprowadzenia tejże opłaty, bo tego nikt nie wyjaśnia w raporcie. Czy tu chodzi o zwiększenie chociażby kordonu administracyjnego, zajmującego się zgłoszeniami, który miałby być finansowany z tejże opłaty? Czy miałaby być to bariera wkroczenia przez niektórych producentów czy dystrybutorów? W związku z tym, że nie znamy tej intencji i ona nie została wprost wyartykułowana, to trudno ją ocenić – twierdzi Uchańska.
Substancje zabronione w suplementach diety
Pozytywnie ekspertka ocenia projekt nowelizacji rozporządzenia Ministra Zdrowia, w sprawie substancji wzbogacających dodawanych do żywności. Został on oddany do konsultacji publicznych w styczniu i znalazł się w nim wykaz substancji zakazanych do stosowania w suplementach diety. Co ciekawe o tych samych substancjach w swoim raporcie pisał też NIK, wskazując, że często znajdują się one w preparatach wprowadzanych na rynek nielegalnie – bez powiadamiania o tym GIS (czytaj również: 10 składników, które będą zakazane w suplementach diety).
– Jako prawniczka pozytywnie oceniam wprowadzenie takiej listy, która jest dosyć czytelna i jasno wskazuje konkretne substancje […] pozwoli to sprawniej, przynajmniej mamy taką nadzieję, poruszać się na rynku zarówno ze strony inspekcji sanitarnej względem tych produktów, które są faktycznie nieujęte w elektronicznym systemie powiadomień, ale także dając jasną informację dla producentów, że produkty z takim składnikiem nie mogą znajdować się na rynku – przekonuje dr Uchańska.
Problem z tlenkiem etylenu
W trakcie rozmowy w programie „Kwadrans z Farmacją” członkini zarządu KRSiO wyjaśniła też powody częstych w ostatnim czasie wycofań suplementów diety, ze względu na zanieczyszczenie ich tlenkiem etylenu
– Winowajcą jest sezam pochodzący z Indii. W 2020 roku wykryto w nim obecność tlenku etylenu, który jest zakazanym pestycydem na terytorium UE. Jest on wykorzystywany do dezynfekcji i sterylizacji. W ślad za tym wykryciem, a także za informacjami, że tlenek etylenu jest najprawdopodobniej substancją mutagenną, wdrożono system kontroli na granicach, a także wydano normy zawartości tlenków etylenu w dodatkach do żywności. Z rynku wycofuje się produkty, w których użyto surowca na poziomie wyższym niż 0,1 mg/kg – wyjaśnia dr Joanna Uchańska.
Informacje o zawartości tlenku etylenu z czasem pojawiały się też w kontekście mączki chleba świętojańskiego czy gumy ksantanowej (czytaj również: Tlenek etylenu w suplementach diety – dlaczego trzeba się go obawiać?).
– Myślę, że to jeszcze nie koniec całej historii związanej z tlenkiem etylenu. A to dlatego, że strategia „Zero tolerancji” i zasada ostrożności względem produktów czy surowców, które były wykorzystywane do tworzenia tychże produktów, nadal pozostaje aktualna. Obecnie oczekujemy tak naprawdę dalszych informacji w tym zakresie, niemniej bardzo dużo pracy wykonali już producenci na rynku. Przyjęli system zabezpieczania się przed przyjmowaniem tego typu surowców obejmujący procedury zbadania go u siebie, czy też pobierania oświadczeń, które pozwalają wychwycić surowiec z potencjalną zawartości tlenku etylenu, na wystarczająco wczesnym etapie, aby w ogóle nie doszło do wykorzystania go jako składnika żywności – wyjaśnia ekspertka.
Jej zdaniem ostrzeżeń dotyczących zawartości tlenku etylenu w suplementach diety będzie coraz mniej. Jednocześnie zwraca uwagę, że problem nie dotyczy tylko suplementów diety, ale również innych artykułów spożywczych.
©MGR.FARM










