I choć większość z filmowych historii to tylko fikcja, prawdą jest, że osiemnastowieczne szpitale dla obłąkanych nie napawały nadzieją na rychłe wyzdrowienie. Przepełnione pacjentami mury, podobnie jak ich personel, zobojętniały na nieustające krzyki i jęki swoich podopiecznych, dla których jedyną terapią była izolacja i próby ich ochrony przed samym sobą.
W szpitalach zamykano pacjentów z całym spektrum chorób, wśród których schorzenia psychiczne nie były wcale najczęstszymi. Upośledzenie umysłowe, porażenie mózgowe, niezdiagnozowane choroby genetyczne i metaboliczne, niewyrównana niedoczynność tarczycy, nowotwory układu nerwowego – bardzo łatwo było wówczas wpaść w szpony psychiatrii, trudniej zaś zostać uznanym za wyleczonego. Z pomocą z pewnością nie przychodziły metody leczenia. W podręcznikach psychiatrii uczono o elektrowstrząsach (nieporównywalnych do tych stosowanych obecnie), wywołaniu śpiączek hipoglikemicznych z użyciem insuliny czy gorąco-zimnych kąpielach.
Choć dziś ciężko sobie to wyobrazić, termin antypsychotyczny w odniesieniu do leków nie istniał aż do roku 1920. Wówczas sformułowania takiego użył David Macht, amerykański farmakolog, opisując mieszankę leków przeciwgorączkowych i chininy. Szpitale psychiatryczne posługiwały się co prawda autorskimi mieszankami znanych substancji, by poskromić szał niektórych pacjentów, ale były to próby nie tylko nieudolne, ale i groźne. Wykorzystywano między innymi duże dawki morfiny i skopolaminy, które miały wyhamować narastające urojenia i halucynacje. Jak łatwo można się domyśleć, niekiedy skutek bywał odwrotny do zamierzonego. Sytuacja miała jednak już wkrótce ulec zmianie…
Chlorpromazyna wkracza do gry
W 1951 roku w laboratoriach firmy Rhône-Poulenc Paul Charpentier zsyntetyzował nową cząsteczkę chemiczną – chlorpromazynę. Laboratorium zajmowało się do tej pory (z dużym powodzeniem) produkcją leków na infekcje tropikalne, leków przeciwpasożytniczych i antyhistaminowych. Na swoim koncie miało ogromny sukces – pierwszy antyhistaminik używany powszechnie do złagodzenia objawów alergii, dostępny nawet w sprzedaży OTC – Antergan.
Leki przeciwalergiczne były główną specjalnością francuskiej firmy, a za namową chirurga Henriego Laborit’ego rozpoczęto pracę nad substancją z tej samej grupy, działającą na ośrodkowy układ nerwowy. Doktor Laborit wiązał spore nadzieje z użyciem jej w premedykacji przedoperacyjnej. Wybrana wraz z kilkoma innymi cząsteczkami chlorpromazyna była podawana chorym przed planowanymi zabiegami jako „koktajl znieczulający”. Po dożylnym podaniu 50-100 mg chlorpromazyny pacjenci tracili zainteresowanie otoczeniem, byli jednak przytomni i reagowali na bodźce. Chirurg szybko dostrzegł w tym działaniu potencjał, który mógł okazać się niezwykle użyteczny w psychiatrii.
Jego drugim pomysłem było dołączenie ampułki z chlorpromazyną do niezbędnika żołnierza na polu walki. Szybka iniekcja w razie wystąpienia obrażeń miała zmniejszyć stres oraz zapobiec wyrzutowi histaminy. Lek trafił do medycznego zestawu pierwszej pomocy w czasie wojny w Korei. Żołnierze, którzy zażyli chlorpromazynę, stawali się obojętni na otaczające ich okoliczności, zwykle kładli się w miejscu, gdzie odnieśli obrażenia i nie szukali pomocy ani nie oddalali się w poszukiwaniu bezpiecznej kryjówki. Chlorpromazyna szczęśliwie szybko znikła z żołnierskich apteczek.
Z uwagi na nieistniejące jeszcze obostrzenia prawne i wymogi dotyczące prowadzenia badań klinicznych, lek szybko trafił również do psychiatrów bezskutecznie leczących napady manii i ataki agresji u ludzi ze schizofrenią.
Reakcje pierwszych pacjentów
Pierwszym znanym historii pacjentem, który otrzymał chlorpromazynę, był 24-letni Jacques Lh., od lat bez powodzenia leczony z powodu napadów agresji i psychozy maniakalnej. Nieustannie powracający na oddział mężczyzna miał już za sobą 24 zabiegi elektrowstrząsów, 15 wywołanych śpiączek insulinowych oraz 4 sedacje wykonane za pomocą tiopentalu.
19 stycznia 1952 roku o godzinie 10:00 Jacques otrzymał 50 mg nowego leku. Efekt był natychmiastowy – pobudzenie ustąpiło i mężczyzna zapadł w głęboki sen. Kiedy się obudził, przez kilkanaście minut był spokojny, po czym agresja nawracała i chory wymagał kolejnej dawki leku. Z każdą następną iniekcją wydłużał się czas czuwania, bez jednoczesnych objawów psychotycznych – Jacques zaprzestał darcia swojej pościeli i prób jej podpalenia, nie rzucał doniczkami ani nie wygłaszał długich, pozbawionych sensu kazań o potrzebie wolności dla mieszkańców innych planet. Wszystkie jego demony powoli odchodziły.
Niestety wielokrotne iniekcje wywołały zapalenie tkanek sąsiadujących w miejscu podania. Terapię mężczyzny uzupełniano petydyną, elektrowstrząsami oraz barbituranami. Po 20 dniach takiego leczenia i przyjęciu łącznej dawki 855 mg chlopromazyny uznano, że pacjent jest gotowy do podjęcia na nowo życia w społeczeństwie. Jacques Lh. został wypisany ze szpitala i słuch po nim zaginął. Nie wiadomo, czy wrócił do domu (jeśli miał gdzie wracać) i czy jego ataki manii nie powróciły. Biorąc pod uwagę brak kontynuacji leczenia, z pewnością choroba szybko dała o sobie znać. Faktem jest jednak, że mężczyzna, znany jako stały rezydent szpitala Val-de-Grace, nigdy już nie powrócił w jego mury.

U większej grupy chorych chlorpromazyny użyli Jean Delay i Pierre Deniker, psychiatrzy zatrudnieni w St. Anne’s Hospital w Paryżu. Choć byli nastawieni optymistycznie co do wyników terapii nowym lekiem, jego skuteczność i tak zaskoczyła badaczy (do dziś chlorpromazyna, oprócz klozapiny, uważana jest za najskuteczniejszy lek w schizofrenii). Swoje spektakularne wyniki lekarze opisali w cyklu publikacji w 1952 roku. Leczoną grupą chorych byli głównie ludzie ze schizofrenią oraz pacjenci z chorobą afektywną dwubiegunową znajdujący się w fazie manii. W swojej pracy Delay i Deniker użyli sformułowania z pogranicza psychiatry i filozofii, twierdząc, że chlorpromazyna potrafi wpływać na najbardziej fundamentalne cechy ludzkie: emocje, chęć działania oraz zdolność do odpowiadania na bodźce ze świata zewnętrznego.
Chlopromazyna (Thorazine, Largactil) stała się ulubionym lekiem psychiatrów w Ameryce Północnej i Europie, a kampanie reklamowe zapewniały, że nowa, cudowna tabletka potrafi trzymać chorych z daleka od szpitala. W przeciwieństwie do dziś znanych reklam było w tym dużo prawdy. Pięcioletni follow-up, jaki przeprowadzono wśród pacjentów otrzymujących regularnie chlorpromazynę (Winkleman, 1957), wykazał poprawę u blisko 75% ludzi ze schizofrenią. Przepełnione szpitale psychiatryczne po raz pierwszy zaczęły odnotowywać spadającą liczbę chorych.
Chlorpromazyna w służbie dyktatury
Farmakologiczny kaftan bezpieczeństwa niósł jednak za sobą początkowo niedostrzegane ryzyko. Pacyfikacja chorego, płynne przesunięcie go w pogranicze snu i jawy, wykonane dyskretnie i w białych rękawiczkach, to nie lada pokusa dla służb specjalizujących się w usuwaniu wrogów systemu.
W ZSRR powszechnie stosowano chlorpromazynę w terapii tak zwanej schizofrenii bezobjawowej lub schizofrenii pełzającej. Brzmi dziwnie? Takim właśnie było. Objawy sklasyfikowanej przez rosyjskich lekarzy jednostki chorobowej były na tyle nikłe i trudne do sprecyzowania, że powyższą diagnozę mógł otrzymać niemal każdy, a jej podważenie było trudne z uwagi na samą pokrętną definicję schorzenia. Skoro jednak postawiono rozpoznanie – chorobę należało leczyć, najlepiej zaś w izolacji społecznej. Ulubionym lekiem rosyjskich psychiatrów była właśnie chlorpromazyna – silny neuroleptyk, z którego obezwładniającym działaniem trudno walczyć. Stosowano również zastrzyki z koloidalnej siarki (wywołującej bóle mięśniowe oraz hipertermię), a także insuliny. Brutalna farmakoterapia połączona z nieludzkim traktowaniem przez zatrudnionych sanitariuszów sprawiała, że zdrowi początkowo pacjenci, szybko tracili rozum i właściwą ocenę rzeczywistości. A tego właśnie chcieli mocodawcy.
Dziś chlorpromazynę wyparło wiele nowych leków, głównie atypowych neuroleptyków. Choć działają równie skutecznie, nie są obarczone tak wieloma skutkami ubocznymi jak ich pierwowzór. Chlorpromazyna uczyniła jednak wyłom w skamieniałym świecie szpitali psychiatrycznych – uwierzono, że chorych można uspokoić nie tylko siłą i przymusem bezpośrednim, ale również z pomocą niewielkiej szklanej ampułki, która potrafi skutecznie zamknąć chorego w farmakologicznym kaftanie.

Zacytuj ten artykuł jako:
- Sylwia Ziółkowska, Przełom w psychiatrii, MGR.FARM, nr 6/2018 (22), str 72-74










