Leczyć każdy może

4 października 2016 08:35

Ostatnio coraz częściej muszę odpowiadać na napastliwe pytania pacjentów indoktrynowanych przez najróżniejszych znachorów i pseudodoktorów. Najsłynniejszych z nich, noszący nazwisko Zięba, podnosi mi ciśnienie bardziej niż podwójne expresso.

wahadelko.png

Co tu dużo mówić – naciągaczy u nas dostatek. A naciągaczem jest każdy, kto próbuje leczyć innych nie mając ku temu żadnych kwalifikacji. A przez kwalifikacje mam na myśli dyplom ukończenia odpowiedniej uczelni i doświadczenie. Niestety są tacy, którzy uważają się za uzdrowicieli mimo braku kwalifikacji. Najgorsze jest jednak to, że nie przeszkadza to ich wiernym klientom – bo trudno takich ludzi nazwać pacjentami.
Znachorzy byli zawsze. Jednak ostatnio mam wrażenie, że strasznie ich przybyło. I to jest pewien paradoks. Bo przecież mogłoby się wydawać, że w dobie internetu i łatwego dostępu do wiadomości, wszelkiego rodzaju oszustwa i przekręty są błyskawicznie demaskowane. Niestety. Tak samo jak oszukuje nas telewizja i radio, tak samo oszukuje nas internet. Surfowanie w wirtualnej rzeczywistości daje nam poczucie władzy i wolności. Sami wybieramy co czytamy i nie dajemy sobie kłaść do głowy tego czego czytać nie chcemy. Nic bardziej mylnego. Internet przez wytworzenie w nas pozorów wolności i władzy, osłabia naszą czujność. A przez to stajemy się bardziej otwarci i podatni na manipulacje.

Efekt tego jest taki, że łatwiej docieramy do treści które nam się podobają i w które chcemy wierzyć. Wydaje nam się, że potrafimy je zweryfikować (choć to nie jest prawdą) i opuszczamy gardę. Na to tylko czekają internetowy znachorzy. Używając „przekonywujących” dowodów, opinii i obietnic wmawiają nam istnienie lewoskrętnej witaminy C i międzynarodowego spisku koncernów farmaceutycznych. Wykorzystują ludzkie słabości – strach, gniew, rozczarowanie – i podtykają pod nos proste rozwiązania.

Najgorszym sortem znachorów są Ci, którzy publikują książki ze swoimi bzdetami, wywyższając je do rangi religii – bo nauka to to nie jest. Tak właśnie jest z „Ukrytymi terapiami”. Już kilka razy zdarzyli mi się w aptece pacjenci, którzy przychodzili z tą książką pod pachą niczym z biblią i wypytywali kolejno o różne preparaty i sposoby leczenia. Za każdym razem kiedy odpowiadałem inaczej niż „tako rzecze Zięba”, widziałem w ich oczach błysk wyższości i pogardy. Tylko raz pokusiłem się o obalenie tego ich bożka i zakwestionowanie jego kwalifikacji – skończyło się wrzaskiem i trzaskiem zamykanych drzwi.

Wyznawcy Zięby to sekta. Wszystkie objawy na to wskazują. Wystarczy wybrać się na jeden z „wykładów” ich guru, by przekonać się o jego kaznodziejskich umiejętnościach. Oczywiście najpierw trzeba się nieźle wykosztować na bilet. Potem trzeba oczywiście kupić słynną książkę / biblię. Zięba w swojej książce i na spotkaniach z ludźmi sugeruje istnieje jakiegoś spisku, którego celem jest leczenie ale nie wyleczanie ludzi. Już sam tytuł książki to sugeruje – „Ukryte terapie”. Przez kogo ukryte? Dlaczego ukryte? Oczywiście wspomniane terapie to naturalne i tanie metody leczenia schorzeń, na których leczenie wydaje się grube pieniądze. I wniosek nasuwa się sam – ukryte by chronić interesy koncernów farmaceutycznych (a tym samym i aptekarzy).

Naprawdę szkoda mi czasu by opisywać wszystkie nonsensy i techniki manipulacyjne jakie stosuje Zięba w swojej książce i na spotkaniach. Sposób w jaki mówi i zabezpiecza się przed zarzutami o wchodzenie w kompetencje lekarzy. Ton głosu jakiego używa. Historia jego wykształcenia, której nikt do końca nie zna. Autorytety, na które się powołuje i których nie da się zweryfikować. Być może w tym jego bełkocie jest kilka prawidłowych tez i diagnoz. W końcu nawet ślepej kurze… Jednak ogrom przekłamań i pseudonaukowych teorii (np. z lewoskrętną witaminą C) sprawia, że nie da się tego człowieka traktować poważnie. To jest współczesny znachor, który po prostu potrafił wykorzystać media do wykreowania się na demaskatora BigPharmy.

Czy można mieć żal do ludzi, że w niego wierzą? Tylko częściowo. Wierzą w niego, bo nie wierzą w nasz system opieki zdrowotnej i lekarzy. Szukają więc alternatywy i znajdują znachorów, którzy mówią im dokładnie to co chcą usłyszeć. Jak by nie było – także my farmaceuci często to robimy w aptekach. Kwestionujemy lekarzy, mówimy co ludzie chcą usłyszeć, leczymy ich suplementami.

Jak oceniasz artykuł?

Twoja ocena: Jeszcze nie oceniłeś/aś artykułu

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych

0 komentarzy - napisz pierwszy Komentujesz jako gość [ lub zarejestruj]

Odpowiadasz:

avatar
Akceptuję regulamin dyskusji *
Komentujesz jako gość! Chcesz być informowany o nowych komentarzach w temacie? Zarejestruj się, lub jeśli już masz konto w grupie farmacja.net - .

Powiązane artykuły

Koszmar aptekarza Koszmar aptekarza

No i przyszła kryska na Matyska – kilkanaście metrów od mojej apteki otwiera się sieciówka. I to ta ...

Samorząd młodnieje, beton twardnieje Samorząd młodnieje, beton twardnieje

Rozbawiły mnie ostatnie publikacje w prasie branżowej o młodniejącym samorządzie aptekarskim. W ten ...

Samo przejdzie Samo przejdzie

A co gdyby nie brać żadnych leków? Czy choroba będzie ciągnąć się w nieskończoność? A może jej objaw...