Liczcie trupy, może nam zaufają

Liczcie trupy, może nam zaufają

500 milionów tabletek sprzedanych w sklepach! Liczba ogromna. Równie wielki komunikacyjnie błąd. To był jeden z argumentów byłego już wiceprezesa NRA dr. Marka Jędrzejczaka w sprawie ograniczenia pozaaptecznego obrotu lekiem. Nie mam powodów cokolwiek wątpić, że ta astronomiczna liczba jest prawdziwa. Liczba jednak zbyt abstrakcyjna, by miała wartość poznawczą dla przeciętnego Polaka. Podobne informacje pojawią się w innych miejscach, dotyczące czasem zupełnie konkretnych grup leków, np. nagminnie stosowanych przez Polaków i Polki leków przeciwbólowych – w tym wypadku liczba 'zjadanych' tabletek idzie w miliardy.

Podobnie jest z Balcerowiczowskim licznikiem długu. Podobno wskazuje już ponad bilion złotych. A może trylion. Diabli ich wiedzą, kto wie, może zylion. Wybaczcie, że ironizuję. Chcę jednie pokazać, że taki przekaz jest zupełnie nieskuteczny, bo nie odwołuje się do życiowych doświadczeń odbiorców. Moich też. Skalę problemu uświadamiam sobie dopiero wtedy, gdy wezmę pod uwagę, że dług publiczny przekłada się na 80 tysięcy do oddania(!) na głowę każdego Polaka i Polki. Mojego kilkuletniego syna też. To powoduje niepokój.



Przekaz publiczny.



Niezwykle cieszy mnie, że farmaceuci dobili się w końcu do mediów. O roli i znaczeniu farmaceutów rozmawia się dziś w telewizjach ogólnopolskich i tych mniejszych, lokalnych. Jesteśmy w eterze i dajemy radę. Wyglądamy za sprawą naszych reprezentantów i reprezentantek bardzo dobrze, niezły jest nasz przekaz. Niezły, ale nie idealny. 
Co jakiś czas pytam moich znajomych o ich opinie na temat problemów aptekarzy, nasze propozycje ich rozwiązań, strategie informacyjne przedstawicieli Samorządu. W tym miejscu musicie mi zaufać. Moi znajomi to zwykle poważni ludzie, ciężko wykształceni, absolutnie zdolni do analitycznego, przy tym abstrakcyjnego, myślenia. Dwie obserwacje narzucają się nader często: kiedy aptekarze mówią o swoich problemach, to chcą więcej pieniędzy (a mamy ich dużo). Po drugie: nasze obserwacje i twierdzenia w zasadzie nikogo nie interesują, choć przecież wypowiadamy się w ich bardzo żywotnym interesie. Jeśli więc przekaz jest nieczytelny lub mało interesujący, to należałoby zmienić jego formę? Może zamiast epatować społeczeństwo abstrakcyjnymi liczbami z mnóstwem zer ktoś powinien policzyć liczbę ofiar związanych bezpośrednio lub pośrednio z niewłaściwym stosowaniem leków?
 Niskie zaufanie społeczne Polaków i Polek jest oczywistością, nie zmienia to faktu, że ciągle dla wielu osób autorytetem pozostaje uniwersytet. Skoro państwo nie potrafi/nie chce stworzyć efektownego systemu zbierania informacji o zgonach i ciężkich powikłaniach polekowych, to powinni to zrobić sami farmaceuci. Rozumiem, że budżet jest ograniczony, ale może pośród wydatków na jazdę na nartach, żeglowanie i haratanie w gałę znalazłoby się trochę pieniędzy na stypendia doktoranckie dla kilkorga niegłupich farmaceutów, którzy odwiedziliby oddziały toksykologiczne, nefrologiczne, hepatologiczne i inne. Przecież te informacje, liczby, fakty, dane statystyczne tam są. Trzeba 'tylko' je wyjąć, zsumować zgony, przeszczepione nerki i wątroby, a potem przedstawić społeczeństwu!
 Liczcie trupy, nie tabletki!



Dziewice. Nie takie dziewice.



Ze smutkiem, przyznam, obserwuję przedstawicieli Samorządu oraz zwykłych farmaceutów, którzy wiją się próbując znaleźć odpowiedź na stwierdzenie: ''Pigularze chcą ograniczyć obrót pozaapteczny, bo chcą zarobić!'' Mamy problem, bo pieniądze pośród farmaceutów to tabu. Nie lubimy o nich rozmawiać i nie potrafimy. Zapominamy jednocześnie, że żyjemy w kapitalizmie (takim czy innym), a bez środków finansowych ciężko jest prowadzić jakąkolwiek nowoczesną, skuteczną działalność czy aktywność. 
Odpowiadając więc na niegrzeczne twierdzenia o chytrych aptekarzach pytam, co złego, że na obrocie lekiem chcą zarabiać jedyni ludzie w tym społeczeństwie, którzy są ku temu intelektualnie, kompetencyjnie i technicznie przygotowani? Co złego w tym, że chleb z leku chcą mieć ludzie, którzy za jego bezpieczny obrót i stosowanie biorą odpowiedzialność etyczną, moralną, zawodową?





Ideolodzy i oportuniści za pierwszy stołem.

Jasnym jest, że cokolwiek i jakkolwiek byśmy nie mówili ciężko nam będzie przebić się do opinii społecznej, a potem przekonać do naszych racji. 25 lat bezrefleksyjnej propagandy neoliberalnej zrobiły swoje. Podobnie reklama czy zmiana struktury własnościowej, a w konsekwencji osobowej w polskich aptekach. W czasie ostatniej konferencji poświęconej patologiom na rynku aptecznym Pan Michał Byliniak, szef WIOA, wiceprezes Naczelnej Rady słusznie zauważył: ''Pacjenci przestali myśleć o aptece jako o miejscu, gdzie można oczekiwać pomocy, a o farmaceucie jako fachowcu.'' Pytanie, sami z siebie przestali? Czyżby? Powodów tej negatywnej zmiany wizerunkowej jest pewnie sporo, ale nie jesteśmy tutaj bez winy. To nie tylko reklama, to nie tylko sieci, to także my. Tak, tak. Raz po raz słyszę kolegów i koleżanki powtarzających pseudonaukowe, antyszczepionkowe brednie (psów przeciw wściekliźnie też nie szczepicie?); powielających teorie wielkiego spisku, wielkich koncernów farmaceutycznych. Ba! Znam farmaceutkę, która jest zachwycona rozwojem segmentu suplementów diety, bo ona nimi ''leczy'' (sic!), amatorów i amatorki homeopatii oraz plastrów na stopy usuwające toksyny. To jednak (przy całej mojej zgryzocie) daje się jakoś przeżyć. Nikt nie jest idealny (autor tekstu też nie, o nie), każdy ma prawo do błędu czy pozostawiania w niezrozumieniu czy niewiedzy, choć w naszym przypadku standardy intelektualne z powodów oczywistych powinny być wyższe.



Szanowny Panie Prezesie, może jednak pacjenci widzą apteki tak jak widzą, a zaufanie do farmaceutów spada, bo w trakcie dyskusji o dostępności bez recepty ellaOne Naczelna Rada Aptekarska popisała się całkowitą niewiedzą i trudnymi do wyobrażenia nieprofesjonalnymi wypowiedziami? Przypomnijmy fragment oficjalnego pisma prezydium NRA skierowanego do ministerstwa zdrowia: "Jest to duża ingerencja w układ hormonalny, co przy częstym stosowaniu może w konsekwencji stwarzać problemy z zajściem w ciążę, w później nawet przyspieszyć przekwitanie. Nie są też znane skutki oddziaływania octanu uliprystalu na płód, jeżeli po zażyciu tabletki hamującej lub opóźniającej owulację dojdzie do implantacji zarodka". Abstrahując litościwie od faktu, że ta wypowiedź w kilku miejscach łamie Kodeks Etyki Aptekarza, moje pytanie brzmi: skąd te informacje? To przemówili farmaceuci czy może jednak polscy biskupi? Można by wierzyć, że w konserwatywnym społeczeństwie istnieje zapotrzebowanie na tego typu pseudoprofesjonalne wypowiedzi, ale wtedy nie należy się dziwić, że pacjent bardziej w kwestiach zdrowotnych ufa telewizji, google, czy proboszczowi. Albo, albo. Się zastanówcie.



Oczywiście w kwestiach dotyczących antykoncepcji (kobiet!!!) ze świętoszkowatym wzmożeniem jesteśmy na pierwszej linii frontu. Sprawy mają się inaczej, gdy trzeba zająć poparte wiedzą stanowisko w innych, trudnych czy kontrowersyjnych kwestiach. Przez Polskę przetacza się obecnie dyskusja na temat dopuszczenia do obrotu marihuany leczniczej. Problem jest szalenie istotny z punktu widzenia ofiar ciężkich postaci epilepsji, nowotworów, boreliozy, innych chorób neurologicznych. W sprawie wypowiedzieli się wszyscy. Od rekreacyjnych użytkowników 'trawki', poprzez sejmowych raperów, aż po lekarzy, pielęgniarki oraz urzędników ministerstwa. Jedynymi którzy się nie odezwali są farmaceuci. Czego wam brakuje? Wiedzy? Zapytajcie, poczytajcie! Odwagi? Inaczej nie da się budować autorytetu zawodu! Nie interesuje Was? Nie zauważacie problemu? Czy może boicie się, że cannabis sativa sb. indica należy do tej strasznej grupy substancji na literę "N"? Nie ma co się bać. Polska, prawicowa, patriotyczna wódka też. Podobnie morfina, kodeina, fentanyl i dziesiątki innych, którymi obracamy na co dzień. A może nauczeni (złym) doświadczeniem poczekamy aż nam lekarze i biurokraci poukładają kolejny element pracy w aptekach?



Szanowny Michale! Last but not least. Codziennie polskie apteki odwiedza około dwóch milionów pacjentów. Odpowiedz, proszę, szczerze ilu z nich rozmawia z farmaceutami, a ilu z technikami farmaceutycznymi? Może zamiast narzekać należy przyjąć do wiadomości – to będzie doskonały punkt wyjścia dla poszukiwania rozwiązań - że pacjenci w tym wypadku mają rację. Polska apteka (w sensie systemowym) w 2016 roku nie jest miejscem, gdzie można znaleźć pomoc. A społeczeństwo nie widzi potrzeby czy sensu rozmowy z nieobecnym (!!!) farmaceutą, który jeśli się pojawia, to razem ze swoim wzmożeniem ideologiczno-religijnym, jednocześnie będąc sparaliżowanym własnym oportunizmem.



Do tej pory inspektorem GIF mogła być wyłącznie osoba, która legitymowała się zatrudnieniem w podmiotach prowadzących obrót hurtowy. (fot. Shutterstock)Będzie więcej kontrolerów Inspekcji...

Zdaniem posła Marka Rucińskiego ostatnia nowelizacja prawa farmaceutycznego zawiera przepisy...

Nieprzesłanie danych uniemożliwi aptekom i punktom aptecznym wnioskowanie o dostęp do systemu P1. (fot. MGR.FARM)Kierownicy aptek proszeni o weryfikację...

Wojewódzki Inspektorat Farmaceutyczny w Katowicach apeluje do kierowników aptek ogólnodostępnych...

Różnica w zakresie wykształcenia farmaceuty i technika farmaceutycznego uniemożliwia technikom wykonywanie całego szeregu czynności, związanych z udzielaniem usług farmaceutycznych, w tym sprawowaniem opieki farmaceutycznej. (fot. Shutterstock)Przewaga liczebna techników nad...

Zdaniem Ministerstwa Zdrowia krótki, maksymalnie 2,5 letni cykl kształcenia w szkołach...

WIF w Poznaniu uznał, że w opisanej przez przedsiębiorcę sytuacji konieczne jest uzyskanie nowego zezwolenia. (fot. Shutterstock)Przeniesienie całej apteki do innego...

Wielkopolski przedsiębiorca poddał w wątpliwość kwestię zmiany zezwolenia w sytuacji gdy apteka...

Podczas debaty poruszono liczne zagadnienia, w tym znany problem redukcji kadr medycznych w Polsce. (fot. Shutterstock)Wspólnie dla Zdrowia. Dlaczego wśród...

W minioną środę odbyła się konferencja, zatytułowana: „Pacjent i system – zasady działania...