Farmaceuci (bez granic) na granicy

27 marca 2018 10:46

Jest wiosna 2011 roku. Zazwyczaj senne, pustynne miasteczko Salum w północno – zachodnim Egipcie dziś tętni życiem. Siedzący na zewnątrz sklepików mężczyźni żywo dyskutują, komentując doniesienia rozbrzmiewającej w wystawionych na zewnątrz telewizorach arabskiej telewizji Al Jazeera. Na ekranach eksplozje i czarny dym wydobywają się z pomiędzy domów identycznych jak te tutaj. Salum leży 12 kilometrów od libijskiej granicy, na której aż nadto widoczne są skutki tego, co cały czas pokazuje Al Jazeera.

Punkt dystrybucji leków w mieście Darna i jego pracownicy (fot. Rafał Hechmann)

Granica leży na pustyni, miejscu właściwie z definicji niezaludnionym. Dziś jednak, podobnie jak przez kilka ostatnich dni strefa pomiędzy libijskimi a egipskimi posterunkami pęka w szwach. Tysiące osób, które przybyły tutaj uciekając przed libijską wojną domową (głównie obywateli najbiedniejszych państw świata pracujących przy wydobyciu ropy) znalazło się w pułapce w której mogą przetrwać tylko dzięki pomocy niesionej z zewnątrz. Nie mogą ani wrócić do Libii ani wjechać do Egiptu. Na małym skrawku ziemi niczyjej kłębi się około 8 tys. osób. Jest 40 stopni Celsjusza.

Trafiam w to miejsce jako koordynator pomocy humanitarnej z zadaniem zbadania sytuacji, ale również – jeżeli istnieje taka potrzeba i możliwości – udzielenie natychmiastowej pomocy. Na miejscu panuje ogromny chaos, ale obecnych jest kilku pracowników egipskiego Czerwonego Półksiężyca (odpowiednik naszego Czerwonego Krzyża), którzy prowadzą prowizoryczną dystrybucję wody, pieczywa oraz koców. Odszukuję ich przełożonego i już w trakcie pierwszej rozmowy okazuje się, że on także jest z wykształcenia farmaceutą, choć obecnie pracuje dla organizacji humanitarnej. Brzmi znajomo, więc od razu łapiemy dobry kontakt. Nie będzie to natomiast jedyny poznany tutaj farmaceuta.

Razem obchodzimy koczowisko. Większość, spośród tysięcy osób uwięzionych pomiędzy posterunkami granicznymi to mężczyźni, jest jednak także wiele kobiet i dzieci, skrywających się w jedynych zadaszonym pomieszczeniu – hali odpraw celnych.

Bardzo szybko można się zorientować, że dotychczasowe, prowizoryczne działania pomocowe nie zaspokajały w żaden sposób ich szczególnych potrzeb; brakuje odpowiednich środków higienicznych, podpasek, odżywek, mleka dla dzieci.

Zapada szybka decyzja, robimy listy, obliczamy zapotrzebowanie i jeszcze tego samego dnia ruszamy wraz z kierowcą 200 kilometrów na wschód, do najbliższego miasta w Egipcie, gdzie z aptek i hurtowni skupujemy zapasy odżywek dla noworodków, pieluch i środków higienicznych dla kobiet. Następnego dnia rano dwa wynajęte samochody wiozą to wszystko na granicę, gdzie pomoc zostaje rozdystrybuowana przez pracowników Czerwonego Półksiężyca wśród potrzebujących.

Jeszcze tego samego dnia poznam na granicy kolejnych dwóch farmaceutów. Są Libijczykami, przybyli właśnie rozlatującą się ciężarówką libijskiego Czerwonego Półksiężyca z odległego o 300 kilometrów miasta Darna szukać leków. W części Libii z której pochodzą trwają ciężkie walki a miejscowe magazyny świecą dosłownie pustkami. Farmaceuci prowadzą w Darnie punkt dystrybucji leków pod egidą Czerwonego Półksiężyca. Do miasta docierają sporadycznie transporty z pomocą medyczną, ale są wśród nich najczęściej materiały opatrunkowe, tymczasem środkami najbardziej deficytowymi są insuliny i inne leki służące do leczenia chorób przewlekłych.

Farmaceuci biorą zatem sprawy w swoje ręce i starą ciężarówką wybierają się na egipską granicę, której podobnie jak tysiące koczujących dookoła osób teraz nie mogą przekroczyć. Tam trafiają na pracowników egipskiego Czerwonego Półksiężyca i tak też się poznajemy. Jeszcze tego samego dnia dostarczają mi listę najpotrzebniejszych leków i znowu ruszam wraz z kierowcą 200 km w głąb Egiptu, do miasta Matruh. Tam w jednej z aptek poznaję kolejnego farmaceutę – Ahmeda, który obiecuje pomóc. Spędzamy prawie cały kolejny dzień na kompletowaniu leków z listy. Okazuje się to nie być takie proste, jednak mój nowy znajomy jest się nad wyraz pomocnym i godnym zaufania człowiekiem. Obdzwaniając kilku miejscowych farmaceutów angażuje ich w pomoc. Aptekarze organizują brakujące leki, dorzucają każdy coś od siebie, udaje się nawet zorganizować nieodpłatnie lodówki samochodowe do transportu insulin.

Następnego dnia leki docierają na granicę, skąd Libijczycy zabierają je natychmiast do miasta Derna. Zostawiają mi numer telefonu w nadziei, że być może uda się zorganizować więcej leków. Jeśli tak się stanie, obiecuję oddzwonić a oni przyjadą odebrać lekarstwa. Żegnamy się i rozjeżdżamy. Po trzech dniach dzięki wsparciu mojej organizacji udaje się zdobyć środki finansowe i (znów dzięki wsparciu lokalnych farmaceutów) leki. Okazuje się jednak, że w Libii zostaje odcięta łączność komórkowa i kontakt z Libijczykami się urywa.

Pozostaje zatem jedno, jedyne wyjście – trzeba im te leki po prostu zawieźć na miejsce. Dostaję od organizacji pozwolenie na wjazd do Libii, formalności na granicy zajmują trochę czasu (dotyczą głównie wyjazdu z Egiptu), ale po kilku godzinach możemy wyruszyć w drogę.

Po ponad 300 kilometrach podroży wraz z moim egipskim kierowcą i zarazem tłumaczem docieramy do Darny, rozpytując po mieście o punkt dystrybucji leków. Początkowo zostajemy skierowani do opuszczonego, przyszpitalnego magazynu. To nie jest miejsce którego szukamy, robi jednak na nas ogromne wrażenie – w kilku ogromnych pomieszczeniach, na wielkich, pustych regałach leżą pojedyncze fiolki starych leków. Jeszcze niedawno magazyn był podobno pełny, ale od początku wojny domowej brakuje dosłownie wszystkiego.

Dopiero stamtąd zostajemy skierowani do znajdującego się kilka ulic dalej punktu dystrybucji leków prowadzonych przez pracowników Czerwonego Półksiężyca. Punkt znajduje się w ostrzelanym budynku, jednak jest oddzielony od ulicy grubymi, pancernymi drzwiami z naklejonym logo Czerwonego Krzyża i Półksiężyca. Za drzwiami znajduje się coś na kształt garażu z biurkiem pośrodku oraz dwa obskurne pokoje, wypełnione dymem z papierosów oraz regałami z lekami. Za dym i za leki odpowiedzialnych jest kilku pracowników w tym dwóch farmaceutów, których poznałem już wcześniej na egipskiej granicy. Gdy widzą mnie i mojego egipskiego kierowcę z ust jednego z nich wydobywa się pełen radości okrzyk: „Farmaceuci z Polski przyjechali”!

Widząc wtedy poświęcenie tych farmaceutów i warunki w jakich pracowali poczułem się przy nich po prostu bardzo mały. Dzisiaj ich wspomnienie budzi we mnie dumę z bycia farmaceutą i przekonanie o misji jaka temu zawodowi towarzyszy. Pamiętam z tamtych dni jeszcze jedno – komfort zaufania. Zazwyczaj w tego typu operacjach z oczywistych względów bardzo trudno jest szybko zaufać osobom z którymi współpracę rozważamy. Taki deficyt zaufania jest sytuacją bardzo niekomfortową. Dla mnie i moich współpracowników fakt, że mieliśmy jako partnerów farmaceutów był wystarczającym powodem do całkowitego zaufania tym ludziom. Myślę, że prawdziwym kapitałem naszej grupy zawodowej jest właśnie zaufanie społeczne. Zaufanie, które zyskujemy stawiając naszą zawodową misję i drugiego człowieka na pierwszym miejscu.

Jak oceniasz artykuł?

Twoja ocena: Jeszcze nie oceniłeś/aś artykułu

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych

0 komentarzy - napisz pierwszy Komentujesz jako gość [ lub zarejestruj]

Odpowiadasz:

avatar
Akceptuję regulamin dyskusji *
Komentujesz jako gość! Chcesz być informowany o nowych komentarzach w temacie? Zarejestruj się, lub jeśli już masz konto w grupie farmacja.net - .

Powiązane artykuły

Kaskada przepisywania Kaskada przepisywania

Kaskada przepisywania (kaskada lekowa) jest rodzajem problemu lekowego, u podstawy którego leży poja...

Z brzuszkiem… po drugiej stronie szyby Z brzuszkiem… po drugiej stronie szyby

Drzwi powoli otwierają się, a zza nich słychać ciężkie sapanie, jakby czynność naciskania klamki i p...

Pani mi da! Pani mi da!

„Jak to Pani mi nie da? Co z tego, że na receptę? U mnie w aptece zawsze mi dają, tylko wy wiecznie ...