Szczęśliwy jak gruźlik

5 marca 2018 09:08

Jego kariera była krótka, lecz olśniewająca. Oto historia leku przeciwgruźliczego, który dał zrewolucjonizował terapię… depresji. Iproniazyd, pochodna izopropylowa izoniazydu, został również wprowadzony do leczenia gruźlicy pod nazwą Marsilid i to właśnie od niego zaczęła się cała historia…

Po dwóch tygodniach stosowania leku w niemal wszystkich pacjentach zaczynała zachodzić zmiana... (fot. Shutterstock)

Mówi się, że wiele odkryć w medycynie to dzieła przypadku. Ale czy na pewno? Przypadki zdarzają się – to prawda – ale dużo częściej pomiędzy przypadkiem, a odkryciem stoi człowiek, który powiązał ze sobą dwa fakty, odnalazł tajemnicze przejście i spojrzał zza winkla na to, co wszyscy oglądali na wprost. Nie inaczej było i w tej historii. Można przecież było zupełnie bez refleksji przyjąć fakt, że mieszkańcy pewnego sanatorium gruźliczego popadli nagle w wyjątkowo dobre samopoczucie…

Iproniazyd został zsyntetyzowany w ramach programu poszukiwań leków przeciwgruźliczych w obrębie pochodnych hydrazyny. W czasie tych poszukiwań wykazano, między innymi w Krakowie, przez profesora Janusza Supniewskiego, silne działanie tuberkulostatyczne hydrazydu kwasu nikotynowego – izoniazydu. Dzięki opracowaniu przez Supniewskiego wydajnej metody syntetycznej Polska w latach 50. uniknęła epidemii gruźlicy. Iproniazyd, pochodna izopropylowa izoniazydu, został również wprowadzony do leczenia gruźlicy pod nazwą Marsilid i to właśnie od niego zaczęła się cała historia…

Lek z paliwa rakietowego

Hoffman-La Roche – szwajcarski koncern medyczny, który na swoim koncie ma takie sukcesy, jak Librium, Valium czy Tamiflu, po drugiej wojnie światowej zdobył bardzo duże zapasy hydrazyny – substancji używanej przez Niemców, jako paliwo rakietowe. Na bazie tych zapasów koncern zsyntetyzował dwa leki przeciwgruźlicze – iproniazyd (Marsilid) oraz izoniazyd (Rimifon). Można patrzeć z oburzeniem na leki produkowane pośrednio z paliwa, ale faktem jest, że izoniazyd służy ludzkości do dzisiaj w leczeniu wciąż powracającej gruźlicy.

Badania wczesnej fazy, którym miał być poddany iproniazyd odbyły się w nowojorskim szpitalu o malowniczej nazwie Sea View Hospital. Sanatoria gruźlicze zazwyczaj były miejscami, w których próżno było szukać radosnej i żywiołowej egzystencji. Snujące się po korytarzach blade lica o wiecznie podkrążonych oczach i dobiegający ze wszystkich stron odgłos suchotniczego kaszlu, mało kogo napawały optymizmem. Dokładnie w takim nastroju byli mieszkańcy Sea View Hospital. Najstarsi z sanatoryjnych rezydentów byli w tym miejscu już od kilkunastu lat (tak, tak- sanatorium znaczyło kiedyś coś zgoła odmiennego, niż turnusy sanatoryjne znane nam obecnie) i ówczesna medycyna nie dawała im wielkich nadziei na poprawę ogólnego stanu zdrowia. Prawdopodobnie bez większej nadziei przystąpiono więc do testowania nowego leku.

Iproniazyd jednak nie zawiódł swoich twórców. Wykazywał całkiem przyzwoitą skuteczność w redukowaniu objawów choroby, między innym obniżał gorączkę, z którą borykali się na co dzień gruźlicy. Ale był jeden problem. W komplecie ze spodziewanymi działaniami niepożądanymi terapii, jak drżenia mięśniowe, pojawiały się inne – kompletnie nieoczekiwane. Personel medyczny opisywał je początkowo zachowawczo, jako łagodną euforię. Po dwóch tygodniach stosowania leku w niemal wszystkich pacjentach zaczynała zachodzić zmiana. W pierwszej kolejności pojawiał się apetyt, który chorującym na suchoty był odczuciem niemal zupełnie obcym. Gazety donosiły: „Niektórzy z pacjentów zjadają na śniadanie nawet pięć jajek!”. Tak obfite śniadania musiały oczywiście przynosić efekty – gruźlicy przybierali na wadze, a wraz z odzyskanymi kilogramami, wracały do sanatorium również inne aktywności. Chorzy podnosili się ze swoich łóżek, grali w karty, a nawet tańczyli! Mając w pamięci, że gruźlica nie jest zabawną chorobą, tym większe zdumienie budzili pląsający gruźlicy w holu szpitala Sea View.

Lek na gruźlicę i… melancholię

Doktor Nathan S. Kline, psychiatra z Nowego Jorku, stan występujący po zażyciu Marsilidu nazwał eudejmonią. Jest to termin filozoficzny stosowany powszechnie w filozofii życia starożytnej Grecji. Eudajmonia nie miała nigdy ściśle określonej definicji i rozmaici greccy filozofowie rozumieli ten termin w różny sposób. W najbardziej ogólnym sensie jest to stan pełnego, racjonalnie uzasadnionego zadowolenia i satysfakcji z własnego życia, którego osiągnięcie było podstawowym celem każdego rozsądnego człowieka.

W tym samym czasie, gdy z sanatorium słychać było coraz głośniejszy śmiech, szwajcarski chemik E. Albert Zeller odkrył, że iproniazyd hamuje aktywność enzymu zwanego monoaminooksydazą (MAO). Co ciekawe, wywodzące się z tej samej rodziny izoniazyd nie miał już tych właściwości. Pytanie, kogo właściwie można uznać za ojca inhibitorów MAO wciąż nie znajduje dobrej odpowiedzi. Wśród dyskusji najczęściej pojawia się jednak nazwisko Kline. Psychiatra ten bardzo szybko zrozumiał, czym jest nowy lek i jak wielkie jest pole jego zastosowania. Kline podawał Marsilid w swojej prywatnej klinice, już krótko po pierwszym teście w Sea View, ciesząc się przy tym ogromną renomą.

Niestety, uciekał się również do szybszych metod poprawy nastroju swoich pacjentów, szczególnie tych, których zależało na czasie. Kilka tygodni oczekiwania na efekt działania Marsilidu skracał poprzez dodawanie do leczenia amfetaminy – taki koktajl działał według doktora aktywizująco już po 24-48 godzinach i prawdopodobnie, w istocie, tak było.

Wpływając jednak ponownie na legalne wody, trzeba zaznaczyć, że iproniazyd jako lek przeciwdepresyjny, pomógł wyjść z choroby wielu mniej lub bardziej cierpiącym pacjentom. Leczył depresję młodocianych, melancholię gospodyń domowych, ale i ciężkie przypadki depresji przebiegającej z katatonią. Rozpoczął zupełnie nową erę leków – przeciwdepresyjnych, początkowo nazywanych lekami energizującymi. Choć jego kariera skończyła się dramatycznym cięciem przez FDA w 1961 roku, w pamięci wielu zapisał się jako lek niemal kultowy. Powodowane przez niego uszkodzenie wątroby (zwłaszcza, gdy był przyjmowany w dawkach zalecanych w leczeniu depresji) nie trafiały do zakochanych w efektach działania pacjentach. Przez niemal dziesięciolecie lek pozostał dostępny na specjalne zamówienia, w leczeniu wyjątkowo opornej depresji.

Najważniejszą rzeczą, jaką sprawił Marsilid nie były jednak jego spektakularne działania w leczeniu depresji. Zresztą w porównaniu z aktualnie stosowanymi preparatami, nie był ani specjalnie skuteczny, ani wygodny w stosowaniu. Marsilid pokazał jednak światu, co farmakologia może uczynić z ludzkim umysłem, nie wyrządzając mu przy tym krzywdy, jak znane dotychczas środki „przeciwdepresyjne” – morfina czy kokaina. Marzenie o cudownych tabletkach na poprawę nastroju zaczęło się ziszczać.

[img]https://mgr.farm//sites/default/files/mgr_12.png[/img]

Jak oceniasz artykuł?

Twoja ocena: Jeszcze nie oceniłeś/aś artykułu

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych

0 komentarzy - napisz pierwszy Komentujesz jako gość [ lub zarejestruj]

Odpowiadasz:

avatar
Akceptuję regulamin dyskusji *
Komentujesz jako gość! Chcesz być informowany o nowych komentarzach w temacie? Zarejestruj się, lub jeśli już masz konto w grupie farmacja.net - .

Powiązane artykuły

Co podwyżki wynagrodzeń w Biedronce oznaczają dla pensji farmaceutów? Co podwyżki wynagrodzeń w Biedronce oznaczają dla pensji farmaceutów?

Biedronka od 1 stycznia podnosi wynagrodzenie swoim pracownikom. Po podwyżce sprzedawca-kasjer dosta...

Problem 1%? Sieci skapitulowały przez „samozaoranie” Problem 1%? Sieci skapitulowały przez „samozaoranie”

Dyskusja o problemie tzw. aptekarskiej koncentracji toczy się od wielu lat. Gdyby jednak wyciągać z ...

Za plecami farmaceutów Za plecami farmaceutów

Czy farmaceuci obsługujący pacjentów mają jakikolwiek wpływ na to co znajduje się w magazynie apteki...