Mateusza Szamałka powinien już znać każdy wielkopolski farmaceuta. Pod koniec listopada wybrano go na kolejnego prezesa Wielkopolskiej Okręgowej Rady Aptekarskiej. W walce o to stanowisko nie miał żadnego rywala, a wybór był niemal jednogłośny. Szamałek przez ostatnie kilka lat dał się poznać jako sprawny samorządowiec oraz autor inicjatyw integrujących środowisko farmaceutów i dostarczających im bezcennej wiedzy.
Mateusz Szamałek prywatnie jest mężem, ma też ośmioletniego syna. Urodził się we Wrześni, gdzie mieszkał do ósmego roku życia. Z tym miastem był związany aż do wieku dorosłego, z uwagi na posiadany przez rodzinę kawałek starego sadu, założonego przez jego pradziadka. Od lat dziewięćdziesiątych mieszka w Poznaniu. Pracę również zawsze miał w Poznaniu lub najbliższych okolicach. Okolicach, o których wie zdecydowanie więcej niż niejeden Wielkopolanin, o czym opowiedział nam w specjalnym wywiadzie…
Łukasz Waligórski: Zacznijmy może od tego, skąd w ogóle wziął się u Ciebie pomysł, by studiować farmację. Miałeś z nią do czynienia wcześniej „rodzinnie” czy może kierowała Tobą jakaś inna motywacja?
Mateusz Szamałek: Zainspirowała mnie chemia. W zasadzie już od pierwszej styczności z tym przedmiotem w siódmej klasie szkoły podstawowej poczułem do niego… chemię. W ogólniaku byłem z niej naprawdę dobry, brałem udział w konkursach i na koleżeńskich korepetycjach wyciągałem pół klasy na lepszą ocenę. Początkowo więc chciałem studiować po prostu chemię w czystej, uniwersyteckiej formie. Ale potem, trochę dzięki farmaceutce – znajomej naszej rodziny – oraz perspektywom dobrej pracy, zacząłem myśleć o farmacji. Miałem braki w biologii, jednak dzięki temu, że siostra studiowała biotechnologię, w domu były dostępne znakomite książki. Biologii nauczyłem się sam. I okazało się to wystarczające, aby zdać egzamin na farmację z najlepszym wynikiem.
Z miłości do chemii i fascynacji biologią wzięła się potem wielka pasja do biochemii. W trakcie studiów realnie myślałem o karierze naukowej w tym kierunku, rozpocząłem nawet studia doktoranckie w Katedrze Biochemii Farmaceutycznej. Jednak losy życiowe i zawodowe pokierowały mnie poprzez pracę w aptece, a następnie w hurtowej dystrybucji farmaceutycznej, w kierunku aspektów prawa farmaceutycznego i zaangażowania w samorządzie naszego zawodu. Moje doświadczenia zawodowe dotykały bardzo zróżnicowanej tematyki farmaceutycznej, często mając niewiele wspólnego z pierwotnym zamiłowaniem do chemii, zawsze jednak czułem, że decyzja o wyborze farmacji była właściwa. Zapewne podjąłbym ją ponownie.
Ł.W.: Gdzie studiowałeś? Jak wspominasz studia?
M.Sz.: Mieszkając w Poznaniu, dość naturalnym wydawało mi się trafić pod skrzydła tutejszego Uniwersytetu Medycznego, wówczas jeszcze Akademii Medycznej. Jak łatwo się domyślić, lubiłem wszelkie chemie, z biochemią na czele. Preferowałem raczej przedmioty wymagające myślenia niż pamięci. Nie mam jakichś bardzo szczególnych lub nietypowych wspomnień z tego okresu. Pamiętam, że było dużo nauki, ale nie odbierałem naszych studiów jako jakoś szczególnie ciężkich. Mam dobre wspomnienia z relacji ze znajomymi, mieliśmy naprawdę sympatyczną atmosferę.
Przeczytałeś tylko 20% wywiadu
Całość dostępna w bezpłatnym magazynie MGR.FARM











