Łukasz pochodzi z małej miejscowości na Śląsku niedaleko Pszczyny, z Miedźnej. Farmację studiował na Wydziale Farmaceutycznym w Sosnowcu. Aktualnie mieszka dalej w Miedźnej, a pracuje jako kierownik jednej z aptek w Pszczynie. Nie jest jednak typowym małomiasteczkowym farmaceutą. Oprócz tego, że aktywnie komentuje apteczną rzeczywistość w mediach społecznościowych i udziela komentarzy branżowym mediom, to ma dość niezwykłą pasję. Warzy wyśmienite piwo!
A dlaczego zdecydował się na studiowanie właśnie farmacji? To historia, jakich wiele wśród przedstawicieli tego zawodu. – Od zawsze interesowały mnie nauki związane z biologią i chemią. Zastanawiałem się nad jakimś kierunkiem medycznym, bo to mnie fascynowało. Ostatecznie wybór padł na farmację. Nikt wcześniej w mojej rodzinie nie był farmaceutą – mówi Przewoźnik.
Studia wspomina jako jeden z najciekawszych i najbardziej intensywnych okresów swojego życia. – Przez cały ten czas mieszkałem w akademiku, gdzie poznałem wielu świetnych ludzi, z którymi do tej pory utrzymuję kontakt – opowiada Łukasz. To na studiach poznał też swoją żonę, z którą ma obecnie dwuletniego syna Filipa. – W kwestii nauki muszę przyznać, że nie należałem do osób wybitnie skupiających się na niej – twierdzi z uśmiechem, od razu dodając, że mimo tego studiowanie nie przysporzyło mu większych kłopotów. Co ciekawe, jeszcze zanim zaczął naukę na ŚUM, jego wielką pasją było kolarstwo górskie w wersji ekstremalnej. Jednak ze względu na brak czasu musiał powoli zrezygnować z tej zajawki.
A jak ocenia aktualny stan polskiego aptekarstwa? Z jego opinią z pewnością zgodzi się wielu innych farmaceutów. – Kolorowo nie jest. Mówię to z punktu widzenia pracownika. Większość aktywnych zawodowo farmaceutów pracuje w aptekach. A tam niestety nasza profesja na przestrzeni lat została szczególnie zdegradowana. Rozczarowany jestem tym, że choć farmaceuci mają ogromną wiedzę i umiejętności, nie jest to niestety na chwilę obecną wykorzystywane w aptekach – mówi Łukasz. Jest też rozczarowany postawą decydentów, którzy nie potrafią zauważyć, jak wielki potencjał drzemie w świetnie wykwalifikowanych farmaceutach. – Potencjał, który mógłby być dobrze spożytkowany w procesie opieki zdrowotnej nad pacjentem. Nie po to kończyliśmy ciężkie studia, żeby nasza rola w aptece sprowadzała się głównie do wydawania leków. Ta narastająca frustracja, szczególnie wśród młodych farmaceutów, jest coraz bardziej widoczna. Ale mimo różnych rozczarowań czuję się dobrze w tym zawodzie, praca z pacjentami potrafi dać dużo satysfakcji – mówi.
Spróbujmy zatem!
Dobre samopoczucie i satysfakcję daje mu też jego pasja – warzenie piwa. Jak przekonuje, pomysł na takie zajęcie pojawił się zupełnie spontanicznie. – Pewnego razu z przyjacielem uznaliśmy, że może spróbujemy uwarzyć piwo. Tak po prostu. Z ciekawości. Zabraliśmy się do tematu, kupiliśmy odpowiedni sprzęt, surowce i jakoś poszło – wspomina Łukasz. Pierwsze piwo uwarzyli pod koniec 2015 r. – Pamiętam, że było to piwo pszeniczne, uwarzone z gotowego zestawu surowców. Jak smakowało? Chyba musiało być dobre, bo temat pociągnęliśmy dalej – mówi z uśmiechem farmaceuta.

Na początku warzyli piwa na podstawie gotowych zestawów surowców opracowanych według danej receptury. Tego typu zestawy (brew-kit) można łatwo kupić i zamówić przez internet. Jest to z reguły puszka zawierająca nachmielony ekstrakt słodowy wraz z dołączonymi do zestawu drożdżami. – Masz tam całą instrukcję warzenia. Krok po kroku. Zabierasz się do działania. Sprawa nie jest trudna, aczkolwiek wymaga troszkę cierpliwości i dokładności – mówi Łukasz. Po jakimś czasie jednak postanowili iść dalej, tworząc własne receptury. I tutaj dopiero zaczęła się zabawa… – Warzenie piwa na podstawie własnych receptur daje praktycznie nieograniczone możliwości, jeśli chodzi o końcowy efekt smakowy – opowiada farmaceuta.
Z czasem dołączył do nich kolejny fascynat warzenia – Jakub. Zaoferował swoją piwnicę jako miejsce produkcji. Postanowili więc pójść o krok dalej i zbudować tam profesjonalną domową warzelnię. – I tak udało się stworzyć miejsce i sprzęt, na którym możemy uwarzyć jednorazowo 100 litrów piwa. Lubię majsterkować, więc rozbudowa naszego browaru sprawia mi chyba najwięcej frajdy – mówi Łukasz.
A jak to się robi?
Jak w praktyce robi się własne piwo? – Gdy już mamy przygotowany wcześniej przepis na dany gatunek piwa, odważamy odpowiednią ilość słodów (są to skiełkowane i wysuszone ziarna zbóż) i poddajemy go tzw. śrutowaniu, czyli rozdrobieniu. W międzyczasie w dużym stalowym garnku, najlepiej na palniku gazowym, podgrzewamy wodę do około 700C – wyjaśnia Łukasz. Gdy woda osiągnie pożądaną temperaturę, wsypuje się wszystkie ześrutowane słody do wody. Temperatura powinna się ustalić na poziomie około 660C i w takich warunkach należy przetrzymać powstały zacier przez mniej więcej godzinę, podgrzewając go w razie potrzeby.
– Podczas tego procesu pod wpływem temperatury i dzięki obecnym w ziarnie enzymom dochodzi do przekształcenia skrobi na prostsze cukry. Jeden z głównych enzymów, czyli beta-amylaza, przekształca w tym czasie skrobię na maltozę – w pełni fermentowany przez drożdże cukier. Z kolei inny enzym, alfa-amylaza, sprawia, że skrobia zostaje przekształcona w różne cukry (głównie dekstryny), na tyle złożone, że nie są fermentowalne, ale za to poprawiają treściwość i podnoszą słodycz piwa – tłumaczy farmaceuta.

Po godzinie zacierania przeprowadza się próbę jodową, aby sprawdzić, czy skrobia została przekształcona w odpowiednim stopniu. W tym celu pobiera się kilka kropel zacieru i wylewa na biały porcelanowy talerzyk, a następnie dodaje kilka kropel płynu Lugola. Jeśli wskaźnik nie zmienia koloru (wynik próby negatywny), można przystąpić do kolejnego etapu. Jeśli zaś zmienia barwę (wynik próby pozytywny), przedłuża się zacieranie, aż do chwili braku zmian barwy wskaźnika.
– Gdy stwierdzimy, że cała skrobia została przekształcona przez enzymy, podgrzewamy cały zacier do 780C. Krok ten ma na celu dezaktywację większości enzymów, aby przerwać dalszą konwersję i ułatwić późniejszą filtrację – wyjaśnia Łukasz. Kolejny etap polega na przeniesieniu całego zacieru do pojemnika z kranikiem, w którym znajduje się filtr. Filtrem takim może być np. oplot z wężyka stalowego, znajdujący zastosowanie w instalacjach sanitarnych, który podpina się do kranu od wewnętrznej strony pojemnika. – Następnie odczekujemy około 30 minut, aż ułoży się złoże filtracyjne z młóta, czyli z osadu z łusek, kiełek i drobin słodu. W międzyczasie w osobnym garnku podgrzewamy do 780C obliczoną wcześniej ilość wody do wysładzania – wody, która posłuży nam do wypłukania całej ilości cukrów z młóta, tak aby nic się nie zmarnowało – tłumaczy Przewoźnik. Aby rozpocząć proces filtracji, odkręca się powoli kranik i odbiera filtrat do kolejnego garnka, co jakiś czas dodając do kadzi filtracyjnej podgrzaną wcześniej wodę, przeprowadzając jednocześnie proces wysładzania.
Przeczytałeś tylko 20% artykułu…
Całość dostępna w najnowszym numerze magazynu MGR.FARM











