Już samo to byłoby dowodem na słuszność koncepcji, gdzie – a to niespodzianka! – aptekarz decyduje o aptece. N-ty raz należy przypomnieć, że [b]w dowolnej firmie świata [u]faktycznym decydentem zawsze jest właściciel[/u], a nie zatrudniony kierownik[/b], choćby ten ostatni był magistrem lub nawet profesorem farmacji. [i]Kasa, misiu, kasa[/i], ma swoje brutalne prawa i dlatego rządzi właściciel, a nie pracownik. Jeśli właściciel w istocie za nic nie odpowiada, gdyż ustawodawca dał mu kiedyś [i]takie zbójeckie prawo[/i], to pokusa jest nieuchronna. Raczej prędzej, niż później pojawią się [i]podmioty prowadzące[/i], dla których pacjent będzie tylko portfelem na nogach. Chyba tylko małe naiwne dziecko mogłoby uwierzyć, że handlarz złomem lub właściciel sieci lupanarów, będą się kierować etyką i dobrem pacjenta, podczas zarządzania należącą do nich siecią aptek.
W istocie chodzi o osobistą odpowiedzialność za [u]swoje[/u] czyny. Nie za to, co zrobił pracownik, tylko personalnie właściciel. Zwłaszcza przy rozproszonej strukturze właścicielskiej (spółki), nie da się wskazać palcem jednego odpowiedzialnego za np. karty i programy lojalnościowe, nielegalny reeksport, nierzetelność w procesie księgowania (czytaj więcej: [b][url=https://mgr.farm/content/apteka-traci-zezwolenie-za-falszowanie-leku-xarelto-i-wyludzanie-refundacji]Apteka traci zezwolenie za fałszowanie leku Xarelto i wyłudzanie refundacji[/url][/b]) lub bezreceptową sprzedaż leków Rx (czytaj więcej: [b][url=https://mgr.farm/content/apteka-sprzedawala-leki-bez-wymaganej-recepty-jaka-decyzja-wif]Apteka sprzedawała leki bez wymaganej recepty. Jaka decyzja WIF?[/url][/b]).
Czasami pojawiają się głosy, że bycie farmaceutą nie gwarantuje idealnej apteki. Cóż, właśnie piszę o tym, że odpowiedzialność jest kluczem do jakości pracy, w tym wypadku apteki. Jakaż to dla mnie różnica, czy na przejściu dla pieszych przejedzie mnie pijany handlarz złomem, czy farmaceuta? Efekt ten sam, więc i odpowiedzialność musi być ta sama. Przed AdA handlarz co najwyżej zmienił formę działalności lub nazwę spółki. Ewentualnie kierownika [i]wymienił na nowszy model[/i], a potem hulał dalej, czym pluł w twarz wszystkim rzetelnym. Jeśli ktoś nie rozumie tak oczywistych reguł poprawnych stosunków międzyludzkich, jest takim samym oślizgłym cwaniakiem jak ci, którzy potrafią zrobić serię błędów ortograficznych w słowie „etyka”. Niemożliwe? Nie dla nich… [i]Dobry fachowiec potrafi zepsuć nawet metalową kulkę.[/i]
Nawet pazerni cwaniacy rozumieją jednak prostą regułę, że zyskiem jest różnica pomiędzy ceną hurtową, a detaliczną, oczywiście pomniejszona o koszty i podatki. W ten oto sposób doszliśmy do czegoś, czego nie zrozumieją tylko opłacone trolle lub odurzone misie koala. Chodzi o urzędowe reguły gry, czyli odgórne ograniczenia obrotu lekiem. Funkcjonowanie aptek opiera się na pewnego rodzaju umowie społecznej. Jest ona dość prosta i obejmuje kilka zasad.
[b]1) Ograniczenia transakcyjne[/b]
Jest klient (pacjent), jest sprzedawca (farmaceuta), jest towar (lek), ale nie ma swobody zawierania umów (tu: kupna-sprzedaży). Przeciętny Kowalski bez recepty nie kupi w aptece diazepamu lub fentanylu, choćby prosił lub groził. Nie i już! Tak po prawdzie tę prostą regułę znają nawet dzieci. Tylko ludzie o dziecinnej (nie: dziecięcej) umysłowości mogą chcieć likwidacji tego ograniczenia. Farmaceuci wiedzą, dlaczego tak być musi. Niefarmaceuci w zasadzie też wiedzą, ale w swej bezrefleksyjności abnegatów, zawsze będą chcieli zniesienia tych ograniczeń. Ciekawe, że dla dzieci i młodzieży nie dopominają się zniesienia ograniczeń dla transakcji kupna-sprzedaży alkoholu i wyrobów tytoniowych. Na razie…
Ww. substancje lecznicze (PS i N) są dostępne dla klientów-pacjentów, jednakże ich dysponentem jest osoba trzecia, czyli lekarz. Za pośrednictwem listu do aptekarza, recepty, to on [u]decyduje[/u] ([i]recipe[/i] – [u]weź[/u] – tryb rozkazujący), co i ile aptekarz ma wydać, a pacjent ma otrzymać. Jakiż tu wolny rynek, swoboda zawierania umów handlowych, skoro ktoś trzeci decyduje (jak śmie?) za mnie, farmaceutę, oraz za pacjenta?
[b]2) Ograniczenia fachowe, czyli farmaceuci i technicy farmaceutyczni[/b]
Tylko tym dwóm grupom zawodowym zezwolono na obrót lekiem w aptekach. Nikomu innemu, bo przeciętny Kowalski stwarzałby zagrożenie dla bezpieczeństwa chorych. Niedawno opisywana krytyczna pomyłka w wydaniu leku (czytaj więcej: [b][url=https://mgr.farm/content/techniczka-pomylila-leki-dziecko-otarlo-sie-o-smierc]Techniczka pomyliła leki. Dziecko otarło się o śmierć[/url][/b]) pokazuje, że ograniczenia uprawnień dla techników farmaceutycznych mają głębokie uzasadnienie.
[b]3/ Ograniczenia odpłatnościowe[/b]
Z jednego z wielu elementów wspomnianej umowy społecznej, czyli ustawy o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym, wynika prawo chorego do nabycia leku z przysługującą mu zniżką. Wysokość zniżki określa… resort zdrowia, czyli władza wykonawcza. Kolejna niespodzianka? Ależ skąd! Naturalna rzecz, gdyż dbałość o zdrowie i życie obywateli muszą być w centrum zainteresowania każdej struktury państwowej świata. Jej zakres oraz jakość są pochodną wielu czynników, które teraz częściowo pominę. Chodzi o to, że skoro leki mają swoją określoną wartość, cenę detaliczną, często bardzo wysoką, w interesie społecznym należy choremu umożliwić ich zakup. Choroba nie wybiera wg stanu majątkowego pacjenta, a więc w polskim systemie ubezpieczeniowym zniżka należy się [prawie] każdemu potrzebującemu.
Manewrowanie wielkością zniżki jest jednym z najważniejszych elementów sterowania wydatkami na ochronę zdrowia, czyli refundacją leków. Duża zniżka = beczka bez dna w wykonaniu nabywców = pacjentów. Widziałem to na własne oczy, gdy zacząłem pracować w 1988 r., a więc [i]w słusznie minionych czasach[/i] bankrutującego PRL. Prawie wszyscy mieli leki za darmo. Emeryci i renciści, wojsko, milicja, służba więzienna, służba zdrowia, a nawet marynarze kubańscy (sic!). Skoro leki były gratis, stale ich brakowało.
Z drugiej strony, leki za darmo wydane w poniedziałek, w niedzielę lądowały na śmietniku (o konieczności segregacji śmieci i utylizacji leków nikt nie słyszał, ani nie mówił). W kolejny poniedziałek lekarz przepisywał nową porcję, bo nikt nie pomyślał o ograniczeniach czasu trwania kuracji. O komputerach czytano w książkach lub oglądano w amerykańskich filmach, a nie używano ich do pracy lub kontroli…










