Magazyn mgr.farm

AdA jako skutek chciwości sieci aptek – część 3

8 lutego 2018 12:21

Już ponad pół roku minęło od wejścia w życie AdA. Nie jest to aż tak długi okres, by kompleksowo podsumowywać efekty działania tej niezbędnej regulacji prawnej, ale pewne efekty już są dobrze widoczne. AdA jest niezwykle bolesna dla sieci aptek i niefarmaceutycznych właścicieli. Oni jej nienawidzą!

Dalsze istnienie aptek rażąco łamiących przepisy jest obrazą dla Państwa i prawa. (fot. Shutterstock)
Ten felieton jest kontynuacją wcześniejszych wpisów pt.:
AdA jako skutek chciwości sieci aptek – część 1
AdA jako skutek chciwości sieci aptek – część 2

Otwieranie aptek drzwi w drzwi wyeliminowało z rynku wielu aptekarzy. Jeśli źródłem finansowania agresywnych aptek jest „turbodopalacz”, „oscylator”, itp. patologiczne zjawiska, a jako sieć tworzone („pompowane”) były do dalszej odsprzedaży potężnym graczom międzynarodowym (czytaj więcej: Konstanty Radziwiłł: W Polsce nie potrzeba więcej aptek), miejsca ich powstawania i funkcjonowania nie miały większego znaczenia. Jednakże lepiej dla nich, gdy są zlokalizowane przy traktach handlowych lub w pobliżu przychodni i szpitali. Przecież muszą się pozbyć pakietów z hurtowni (znów ten „oscylator”…). Lek lub suplement za 4,99 w detalu, gdy dla innych aptek jego cena hurtowa wynosi 19,99; tak w realu wygląda efekt „oscylatora” lub „turbodopalacza”. Czy przy takiej różnicy cenowej sieci nie pozbędą się zapasów? Kto w oczach pacjentów jest wtedy chciwym krwiopijcą? Jak brzmi komentarz sieci? Zamykać się będą ci, co mają gorszą ofertę dla pacjenta. Tyle i tylko tyle…

To jak z Tobą będzie, młody magistrze chcący otworzyć aptekę, znacząco przebijesz oferty oscylatorowe? Studia kończyłeś, by swą wiedzą pomagać chorym czy żeby recytować cennik? (Wiceprezes NRA mgr farm. Marek Tomków, do magistra farmacji chwalącego dominację sieci podczas obrad komisji sejmowej ws. AdA.)

Gdyby nie wprowadzono zasad geograficznych (demograficzne są z nimi powiązane – gęstość zaludnienia wieś vs. miasto ma znaczenie, prawda?), tzw. młody farmaceuta powinien rozważać lokalizację właśnie w pobliżu ww. aptek. I co, naprawdę ktoś przypuszcza, że wyeliminowałby z rynku kilka (!) sąsiadujących z nim sieciówek? Czym, zapasami finansowymi rodziców, w konfrontacji z zasobami międzynarodowych funduszy inwestycyjnych lub wartką rzeką pieniędzy z nielegalnego reeksportu?

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież jest wolny rynek i każdemu wolno robić, na co ma ochotę. Nie, nie można. Nie można również z granatami lub butelkami z benzyną wejść do konkurencji, żeby ją wyeliminować z rynku.

Właśnie taki efekt osiągały sieci przy pomocy swoich metod. Państwo zastopowało ten niszczycielski żywioł, co trudno im zaakceptować. Ich problem. Pobudka może być bolesna, a ręka w nocniku będzie najmniej cuchnącym kłopotem (czytaj więcej: Antyjednoprocentowcy). Na ich miejscu cieszyłbym się, że polski projekt poselski nie przewidywał rozwiązań znanych z Węgier lub Estonii. Prywatnie akurat nad tym ubolewam, ale przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza.

Jednocześnie niezrozumiałym jest dla mnie roztrząsanie rzekomych dziur w AdA, które niby powstały po to, by spółki prowadzące apteki mogły się konsolidować (czytaj więcej: Zmiana osobowa w spółce ma wpływ na zezwolenie na prowadzenie apteki?) dla dalszego zawłaszczania rynku. Od samego początku procedowania AdA było wiadome, że w Polsce nie ma woli politycznej dla wywłaszczeń jak na Węgrzech lub w Estonii. Politycy nie chcieli wprowadzenia przymusowego pozbywania się udziałów przez niefarmaceutów (w tym różnorakich spółek) na rzecz farmaceutów. Jeśli ktoś nadal chce drążyć to zagadnienie, powinien się wybrać do posłów ze swojego okręgu i tam zadawać pytania. Myślę jednak, że szkoda na to czasu.

Bicie piany o tym, że AdA bez geo/demo byłaby lepsza, jest podwójnie bezproduktywne. Raz, że świadczy o niezrozumiałej woli takiego tworzenia prawa, by drobiazgowo ograniczało wszystko i wszystkim – byle nie mnie. Dwa, że AdA bez geo/demo byłaby bez sensu, a agresywne otwieranie aptek drzwi w drzwi doprowadziłoby do walki pomiędzy farmaceutami. Dla naszego zawodu wizerunkowo byłoby to strasznym ciosem. Ustawodawca wtedy słusznie mógłby zauważyć, że wskazywaliście sieci jako chciwe i bezwzględne, a teraz robicie dokładnie tak samo. Chcecie, byśmy was spacyfikowali lub znacjonalizowali?

Ustawodawca dał farmaceutom najzupełniej naturalny przywilej (AdA), ale w wersji uregulowanej (geo/demo). Pamiętajmy, że jedną z ważnych przyczyn wprowadzenia AdA jest doprowadzenie w przyszłości do bardziej równomiernego rozmieszczenia aptek (czytaj więcej: Zdecydowane stanowisko Ministerstwa Zdrowia w sprawie aptek łamiących przepisy antykoncentracyjne).

Czyli zamiast ich zagęszczenia w zabetonowanych przez chciwe sieci miastach, zwłaszcza w ich centrach, ustawa zachęca do lokalizacji na ich obrzeżach lub poza nimi. Liczę na to, że m.in. ograniczenia z tytułu jednego procenta wreszcie zaczną porządkować rynek, czyli robić na nim miejsce dla normalności. Prawidłowa obsada magisterska jest wartością samą w sobie, więc pomimo trudności także będzie musiała być wyegzekwowana. (czytaj więcej: Sprawdziliśmy gdzie WIF kontroluje apteki poza godzinami urzędowania. Te dane niepokoją…).

Dalsze istnienie aptek rażąco łamiących przepisy jest obrazą dla Państwa i prawa. Jeśli ktoś myśli, że nie widzę tu związku przyczynowo-skutkowego z obecnym systemem marżowo-cenowym, to jest w błędzie. Jeśli jednak tak uważa, zachęcam do ponownego przeczytania mojej opinii na ten temat. Opisałem to wcześniej (czytaj więcej: AdA jako skutek chciwości sieci aptek – część 2).

Blokadą w otwieraniu nowych nie są obecnie istniejące małe apteki indywidualne, które zatrudniają 1-2 magistrów. Problemem są i długo będą te sieciówki, gdzie pracuje kilka(naście) techniczek, przeważnie jeszcze na stażu, oraz też 1-2 magistrów, ale często wirtualnych. Ech, gdybyż Inspekcja Farmaceutyczna pracowała także na dyżurach nocnych lub świątecznych, problem obsady szybko by się rozwiązał. Państwa lub moje telefony do tych aptek lub niewinne wizyty z pytaniem o magistra, niestety, nie będą dowodem w sprawie. Wiemy jednak, jak nieliczna i niedofinansowana jest Inspekcja. To tłumaczy, ale nie usprawiedliwia organów Państwa, które dopuściło do powstania i utrwalenia takiej sytuacji. W pierwszej części niniejszego felietonu cytowałem uzasadnienie do projektu refustawy, w którym Państwo wykazało, że ma świadomość przyczyn i zakresu utraconego wpływu na obrót i ceny leków.

Powoli do umysłów ludzkich przebija się oczywista prawda, że w Polsce jest za dużo aptek (czytaj więcej: Farmaceutów nie jest za mało. Jest za dużo aptek). Powstały przed AdA, prawda? Agresorami były wielkie sieciówki czy małe indywidualne? Tym zjawiskom Państwo powiedziało twarde: STOP!

Ciekawe, co jest bardziej prawdopodobne, złagodzenie – przez zdeterminowanych rządzących – zasad z nowelizacji o AdA, czy zaostrzenie przez nich kursu z powodu dalszego bezczelnego postępowania bezgranicznie chciwych sieci? Poseł Waldemar Buda wiele razy zademonstrował swą wiedzę o nieprawidłowościach w polskiej farmacji i determinację do jej naprawy
(czytaj więcej: Poseł pyta co z ponad 1500 aptekami naruszającymi prawo farmaceutyczne?).

Jeśli Państwo wprowadziło twarde ograniczenia transakcji (recepty), fachowe (farmaceuci i technicy farmaceutyczni), odpłatności (zniżki), ceny i marży oraz reklamy, to wprowadzone w pakiecie urzędowe ograniczenia geo- i demograficzne, z „apteką dla aptekarza” na czele, są logiczną i nieuchronną konsekwencją tych pierwszych. Czyli urzędowe (państwowe) ograniczenia dotyczące obrotu lekiem, skutkują równie urzędowymi (państwowymi) ograniczeniami dotyczącymi liczby i rozmieszczenia aptek. Tertium non datur.

Alternatywą wolnorynkową byłoby odejście od AdA oraz zasad geo- i demograficznych, czyli powrót do czasów bezhołowia w obrocie lekiem. Jednocześnie należałoby zlikwidować recepty jako ograniczniki transakcji (= wolnego rynku, czyli handlu). Leki z grupy N i PS powinny być dla każdego chętnego, w tym dla dzieci. A zresztą, po co wtedy farmaceuci i apteki? Ceny i marże wolnorynkowe, czyli pacjent (ups, wtedy już klient) onkologiczny wyda ostatnie pieniądze i sprzeda dom, żeby kupić leki. Jeśli nie znajdzie funduszy – nie szkodzi. Następny w kolejce portfel na nogach już będzie rozumiał, że musi je znaleźć. Na dodatek nie jest powiedziane, że te leki w ogóle by leczyły. Kto i po co by pilnował ich autentyczności i jakości?

Zniżki też musiałyby zniknąć, bo po co wtedy one? NFZ byłby więc w połowie niepotrzebny – oszczędność dla struktur państwowych. Tak więc niektórzy diabetycy najpierw by się musieli przestawić na najtańsze insuliny (polski przemysł wiwatuje), a przy kiepskiej tolerancji ewentualnie zaczęliby stosować zagraniczne. Zakładam, że już by nie były dobrem deficytowym.

Jak oceniasz artykuł?

Twoja ocena: Jeszcze nie oceniłeś/aś artykułu

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych

0 komentarzy - napisz pierwszy Komentujesz jako gość [ lub zarejestruj]

Odpowiadasz:

avatar
Akceptuję regulamin dyskusji *
Komentujesz jako gość! Chcesz być informowany o nowych komentarzach w temacie? Zarejestruj się, lub jeśli już masz konto w grupie farmacja.net - .

Powiązane artykuły

Zatrudnię sprzedawcę do apteki Zatrudnię sprzedawcę do apteki

Rynek pracy w polskiej farmacji aptecznej nigdy nie był tak otwarty na pracownika jak obecnie. Codzi...

Reklama dziury w moście Reklama dziury w moście

W ostatnim czasie obserwuję w mediach zwiększenie natężenia emisji reklam preparatów OTC i suplement...

Felieton delegata na KZA – cześć 4 Felieton delegata na KZA – cześć 4

Kampania wyborcza przed KZA wchodzi w decydującą fazę i przyznam, że przestaję już powoli ogarniać l...