Zadajmy może sobie inne pytanie – czy człowiek z wyższym wykształceniem może sobie pozwolić na nieznajomość jakiegokolwiek języka obcego? Nie sądzę. Nawet jeśli w wykonywanej pracy umiejętność ta nie jest wykorzystywana, to wstydem byłoby nie umieć przynajmniej języka angielskiego po ukończeniu studiów. I nie mam tutaj na myśli znajomości podstaw – chodzi mi o umiejętność płynnego posługiwania się językiem obcym w mowie i piśmie. Niestety wśród pracowników aptek jest z tym fatalnie. Młodsze pokolenia poprawiają statystyki, jednak starsi farmaceuci pozostawiają w tej kwestii wiele do życzenia. Zresztą i wśród tych młodszych zdarzają się czarne owieczki…
Kiedyś musiałem skorzystać z apteki sieciowej w dużym centrum handlowym w Warszawie. Stojąc w kolejce, z zawodowej ciekawości, przysłuchiwałem się rozmowom młodej farmaceutyki z kolejnymi pacjentami, którzy byli przede mną. Jednym z nich okazał się obcokrajowiec. Byłem niezmiernie ciekawy jak dziewczyna poradzi sobie w tej sytuacji…
Oceniając po akcencie można przypuszczać, że pacjent pochodził gdzieś ze wschodu. Rozmowę z farmaceutką zaczął jednak po angielsku. Pokazał jej opakowanie swojego leku tłumacząc, że jest w podróży i właśnie mu się skończył. Nazwa leku brzmiała obco. Farmaceutka szybko jednak odnalazła nazwę międzynarodową. Okazało się, że był to jeden z nowszych leków przeciwalergicznych – fexofenadyna w dawce 180 mg, u nas znana jako Telfexo. Farmaceutka poinformowała więc pacjenta, że w Polsce na ten lek jest wymagana recepta. Niestety sposób, w jaki to powiedziała wprawił mnie i obcokrajowca w konsternację:
– This is medicine for recipe.
Zupełnie jakbym słuchał naszego byłego premiera. Strejt from we bridż. Oczywiście dla Polaka tak sformułowane zdanie miało jakiś sens. Niestety pacjent z innego kraju nie do końca wiedział o lekarstwo na jaki przepis chodzi… Biedna farmaceutka widząc jego dezorientację jeszcze kilkukrotnie powtórzyła to same zdanie – być może myślała, że obcokrajowiec nie usłyszał lub nie zrozumiał jej akcentu. Po kolejnej próbie komunikacji postanowiłem uratować sytuację i się odezwać:
– She says that you need a prescription to get this medicine in Poland. But there is similar one in lower dose as OTC, she can recommend to you…
Oboje spojrzeli na mnie ze zdumieniem. Nagle uświadomiłem sobie, że stałem się swoim własnym koszmarem – kolejnym pacjentem z kolejki, który podsłuchuje rozmowy farmaceuty z pacjentem i udziela rad. Najgorsze, że te rady były lepsze od tego co proponował sam farmaceuta… Zresztą świdrujący i pełen nienawiści wzrok mojej młodszej koleżanki po fachu dokładnie zdradzał jej emocje. Oczywiście pacjent był wniebowzięty i rozpoczął rozmowę ze mną, uznając mnie za bardziej kompetentnego niż farmaceutka. Pewnie po powrocie do swojego kraju opowiadał jak to farmaceuci w Polsce nie znają języków, a ludzie z ulicy wiedzą od nich więcej o lekach…
Do tej pory mam z powodu tej sytuacji wyrzuty sumienia. Cóż. Następnym razem chyba jednak powiem: Aj dont spik inglisz.










