REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
czw. 3 grudnia 2015, 14:49

Apteczni dezerterzy

Pewnego razu, na początku mojej pracy, byłam świadkiem zdumiewającego zjawiska. Pracowałam z trzema innymi osobami (to była duża apteka, cztery otwarte stanowiska), gdy w drzwiach stanął pewien starszy pan. W jednej chwili za pierwszym stołem zrobiło się pusto. Zostałam sama.

Pacjent podszedł do mojego okienka i rzucił plik recept na ladę. „Mają być najtańsze zamienniki i to szybko” – powiedział, nawet na mnie nie patrząc. Dwadzieścia minut jakie spędziłam obsługując tego pana to był najgorszy czas w mojej karierze nie tylko dlatego, że pacjent od początku był arogancki i nieuprzejmy, a oczekując na leki komentował głośno moją nieudolność w obecności innych, ale też z powodu wielu błędów na receptach… Żadna z moich koleżanek nie pojawiła się za pierwszym stołem żeby mi pomóc, mimo szybko rosnącej kolejki.

REKLAMA

Gdy tylko pojawia się trudny pacjent, nagle okazuje się, że trzeba wykonać niecierpiące zwłoki zadania – zrobić maść z witaminą A, sprawdzić stan psychotropów, rozładować towar, wytrzeć półki, zamieść podłogę, byle tylko uniknąć konfrontacji. I nie tylko konfrontacji, ale również podjęcia trudnej decyzji, przyznania się do błędu lub własnej niekompetencji. A jeśli nie uda się zwiać na czas – często okazuje się, że leków z recepty zwyczajnie nie ma (zachodzi częsty paradoks apteczny – w komputerze jest, a w szufladzie brak). Ale takie zachowanie nie jest rozwiązaniem problemu. Nieważne jak szybkie mamy nogi, zdarzą się sytuacje, gdzie nie będzie wyjścia i dojdzie do spotkania, na które tak bardzo nie mamy ochoty. Dlatego lepiej być gotowym zanim to nastąpi.

Jaka jest przyczyna aptecznej dezercji? Myślę, że to głównie strach i brak wiary we własne siły. Pacjenci bywają naprawdę okropni – chamscy, aroganccy, wulgarni i niewdzięczni. Ale przychodzą stale i ucieczka tylko odwlecze moment konfrontacji. Poza takimi pacjentami – mamy też trudne przypadki, czyli osoby z ciężkimi, przewlekłymi chorobami, z dużą ilością leków i ogromnym ryzykiem interakcji, często z błędami na receptach, dla których wizyta w aptece oznacza dużo straconego czasu na oczekiwaniu i częste powroty po leki. Dla nas aptekarzy to kolejne 30 minut, kiedy trzeba się maksymalnie wysilić żeby nie popełnić błędu, który i tak ostatecznie gdzieś się wkradnie oraz kolejkę niezadowolonych pacjentów. Dalej są osoby ze specjalnymi potrzebami, czyli na przykład ciężarne, którym strach cokolwiek polecić, mimo że w rzeczywistości asortyment wcale nie jest taki mały oraz noworodki i niemowlaki, gdzie trzeba zawsze przeliczać dawki i upewniać się, czy opiekun wie jak dany lek stosować. To bardzo duża odpowiedzialność.

REKLAMA
REKLAMA

Na każdego pacjenta jest sposób. Na aroganckich – uprzejmość, stanowczość, zwrócenie uwagi i również – wyproszenie z apteki, jeśli jest taka potrzeba. Z przewlekle chorymi można umawiać się w dogodnym czasie poza godzinami szczytu, albo też telefonicznie uzgadniać jakie leki mają być zamówione. Na kobiety w ciąży i maluchy nie ma innej rady, jak tylko się dokształcić. I nie bać się! Poradziliśmy sobie z bardzo ciężkimi studiami, dlaczego więc boimy się wykorzystać to, czego się nauczyliśmy?

To jednak nie są najtrudniejsze sytuacje, kiedy bierzemy nogi za pas i lecimy układać recepty, odpowiadać na maile czy poprawiać karty leków. Naprawdę trudno jest przyjąć na siebie konfrontację z pacjentem wtedy, gdy sami popełnimy błąd. Nikomu nie jest łatwo przyznać się do pomyłki, a przecież każdy jakąś czasami popełni. Tak samo jak nie jest łatwo przyznać się do niewiedzy. Prawdziwy profesjonalista potrafi jednak zachować się odpowiednio i gdy sytuacja tego wymaga – przeprosić. Na to, stwierdzam, niestety wielu z nas nie potrafi się zdobyć.

Okazuje się, że nasza praca wymaga nie tylko wiedzy i stałego jej pogłębiania, ale też dużo odwagi, a tego nie uczą na studiach. Myślę, że to przychodzi wraz z doświadczeniem. Mi też zdarzało się być dezerterem i zostawiać kolegów na placu boju, ale szybko musiałam się tego oduczyć. Lubię powtarzać sobie, że to nie było trudne, że wymagało jedynie więcej dystansu i opanowania. Ale to nieprawda – to było bardzo trudne. Musiałam pokonać własne słabości i ograniczenia, i przede wszystkim przeżyć wiele bardzo nieprzyjemnych sytuacji. Jednak im więcej miałam styczności z trudnymi przypadkami tym lepiej sobie radziłam. Spokój i dystans nie tylko do pacjentów i pracy, ale też do siebie, świadomość własnych umiejętności i słabości – tego się nauczyłam. Gdybym pozostała dezerterem, nie umiałabym być asertywna, stanowcza i pewna siebie. Byłabym nieprofesjonalna. Byłabym gorszym farmaceutą.

REKLAMA
REKLAMA
Ikona Google News
mgr.farm na Google News Śledź najnowsze wiadomości
Dołącz do nas
REKLAMA