O Izbach Aptekarskich każdy z nas ma wyrobione zdanie. Jedni widzą w nich przymusowe składki, za które działacze funkcjonują ponadstandardowo lub organizują niepotrzebne zjazdy, szkolenia, koncerty lub spotkania integracyjne. Inni widzą w Izbach jedyną ustawowo umocowaną organizację jednoczącą bez mała wszystkich farmaceutów. Zastanówmy się zatem… Na co idą nasze składki? Lokal izby wraz z pracownikami, w ślad za tym pensje, ZUS, podatki, papiery, tonery, komputery, media, itp… Ale komu ja to wszystko opowiadam? Pracujemy w aptekach, a ich utrzymanie kosztuje. Czyżby utrzymanie Izby było gratisowe? A co zjazdami i integracją? Raz na 4 lata zjazd wyborczy, co roku sprawozdawczy. Wynajęcie sali plus catering. Konia z rzędem temu, kto to zrobi za darmo.
Moja Kaliska Izba jest najmniejszą w Polsce. Gdyby nie Zjazdy i szkolenia oraz spotykanie się podczas pogrzebów zmarłych członków Izby, prawie nie mielibyśmy okazji się widywać. Każdy poświęca aptece większość swego życia, a że sytuacja w branży nie jest wesoła, to na przyjemności i integracje brak czasu. Szczerze mówiąc integrację uważam za jedno z ważniejszych zadań każdej Izby. W okresie przedwyborczym oraz w kuluarach zjazdowych podnoszą się głosy, zwłaszcza młodych lub nowych członków samorządu, że „ja nikogo tu nie znam, nie wiem na kogo głosować”. Z kolei podczas zgłaszania kandydatur do struktur izbowych lub komisji zjazdowych trwa swoista łapanka i odmowa podjęcia niewielkiego trudu.
Wiem, co piszę, bo bywałem członkiem komisji skrutacyjnej lub wyborczej. Cała praca to wpisać nazwiska i imiona członków komisji, następnie rozdzielić pracę (pani w czerwonej bluzeczce zbierze głosy z lewego rzędu, a pan w niebieskiej koszuli z rzędu prawego), policzyć głosy, podpisać protokół i podać komisji wyborczej. Podczas liczenia głosów pani w czerwonej bluzeczce stała się panią Zosią lub po prostu Zosią, pan w niebieskiej koszuli już jest Markiem.
Gorzej ma komisja wyborcza. Jej członkowie do zakończenia prac komisji skrutacyjnej siedzą pod ostrzałem taksujących spojrzeń swoich kolegów i (zwłaszcza) koleżanek. Gdybyż któraś dojrzała niewłaściwie dobrane dodatki do ubioru, to dopiero byłby wstyd! Może dlatego nie ma chętnych do bycia członkiem komisji? Rada jest taka, że komisje powinny siedzieć z boku sali, przy stolikach z obrusami do podłogi. Ewentualnie powinni w nich siedzieć panowie, ale w czasach przerażającego gender i w sfeminizowanym zawodzie lepiej na głos nie wyrażać takich propozycji.
Na końcu najtrudniejsza chwila. Trzeba przez mikrofon odczytać protokół wiedząc, że wpatruje się w nas kilkadziesiąt lub kilkaset par oczu. Głos ma prawo zadrżeć, choć przecież każdego dnia przemawiamy do sporej czasem grupki osób w aptece.
W ten sposób powróciliśmy do integracji. Właśnie się dokonała. Może w niewielkim stopniu, ale zawsze. Marek i Zosia już się poznali. Wiedzą, że ona sprawnie posegreguje głosy, on wyręczy ją choćby w ich zbieraniu. Samozorganizowana machina się kręci. Ot i cała filozofia Zjazdu.
Izby to my, a nie bezduszna machina – klan działaczy. Nie jestem działaczem sensu stricto. Jestem szeregowym członkiem Izby ale rozumiem, że zaangażowanie wybieralnych członków samorządu to jedno, a zwrot kosztów ich dojazdu do Izby to drugie; pomijam poświęcony czas własny. Czasem pojawiają się głosy, że „wybraliśmy ich, więc niech dla nas pracują!” A ja pytam: ich środek transportu przyjedzie za darmo? Czyż przedostatnie zdanie nie przypomina wysoce irytujących przekazów z ust ministrów, starostów lub lokalnych radnych, którzy w kontekście naszej zrozumiałej niechęci do bezpłatnych dyżurów, pozwalają sobie na podobne poniżające i lekceważące nas uwagi? „Wybraliście taki zawód, macie swą misję i etykę, więc róbcie za darmo!” Strażacy, lekarze i policja też? ([url=http://sejm.gov.pl/Sejm7.nsf/interpelacja.xsp?documentId=AE0697C6B9F64ADEC1257D7B004B31BC&view=6]szczegóły tutaj[/url])










