Bo ciąża to przecież zwolnienia, rozwalony grafik, szukanie kogoś na zastępstwo, ale nikt nie bierze pod uwagę, że to czasami sami pracodawcy doprowadzają do stanu, kiedy kobiety w ciąży nie chcą lub nie mogą pracować i uciekają na tzw. L4. Ciąża to nie choroba, ale często chorobą jest stan umysłowy pracodawcy, do którego nie dociera, że jest ciąża to stan „odmienny” i w niektórych przypadkach wymaga specjalnego, łagodniejszego traktowania. Szczytem bezczelności ze strony pracodawcy jest kuszenie pustą obietnicą zachowania etatu, jeśli kobieta będzie aktywna zawodowo prawie do końca ciąży. Niestety jak życie pokazuje z dotrzymywaniem obietnic różnie bywa.
Jedna z moich byłych kierowniczek miała dziwny fetysz, bo niebywałą radość sprawiało jej gnębienie i upokarzanie techników. Nie było taryfy ulgowej, bo nie odpuściła nawet dziewczynie, która była w ciąży. Oprócz standardowego „stania przy okienku” dostawała też zadania dodatkowe np. w środku mroźnej zimy zlecono jej rozmrożenie aptecznej lodówki i ręczne skucie lodu z bocznych ścianek. Mając do wyboru pięć innych osób zadanie powierzyła akurat tej dziewczynie, która była w ciąży i zapewniam, że nie był to przypadek. Innym razem było to polecenie umycia szyb i wytarcia kurzu na regałach. Tego typu prace wymagały wspinania się po drabinie, a tego kobiety w ciąży nie powinny robić (prawo przewiduje różne ograniczenia w zakresie wykonywania określonych prac przez kobietę ciężarną) Dziewczyna w milczeniu znosiła takie traktowanie (bo przecież ciąża to nie choroba), ale nie poszła na zwolnienie argumentując to tym, że chce pracować jak najdłużej i po macierzyńskim chce wrócić do pracy w tej aptece. Dwa miesiące później trafiła do szpitala z krwawieniem z dróg rodnych i wyrokiem „ciąża zagrożona”. Koleżanka poszła na zwolnienie, a kierowniczka dostała szału, bo plany przecież były inne.
Inna moja znajoma pracowała prawie do końca ciąży, bo liczyła na to, że pracodawca doceni jej poświęcenie. Praca w tej aptece była mocno stresująca, więc tym bardziej nie potrafię zrozumieć idei wypruwania sobie flaków, tylko po to, aby pracodawca był zadowolony. Dziecko urodziło się z wadą wrodzoną, ale teraz możemy sobie tylko gdybać czy wpływ na to miał przewlekły stres w pracy, a może na „fruwające” drobnoustroje, których w aptece nie brakuje, a może jeszcze coś innego. Po urlopie macierzyńskim zamiast obiecanej pracy zobaczyła środkowy palec, bo w między czasie na jej miejsce został zatrudniony pracownik bez dzieci i bez planów rozrodczych.
Nie chcę wrzucać wszystkich do jednego worka, bo mam świadomość, że są pracodawcy z ludzką twarzą, dla których pracownica w ciąży to nie koniec świata. Zastanawiam się tylko czy jest sens ryzykować i czasami pracować ponad swoje siły tylko po to, aby zadowolić pracodawcę i to w warunkach, którym daleko do sterylnych? Z drugiej strony konsekwencją nadużywania zwolnień lekarskich w czasie ciąży jest niechęć pracodawców do zatrudniania młodych kobiet z planami powiększania rodziny. I koło się zamyka.










