Co to się Panie porobiło z tymi lekami?

22 grudnia 2017 11:33

Odwiedziła mnie ok. 70-letnia pacjentka z receptą na kilka leków stosowanych w leczeniu chorób układu krążenia. Miałem tylko jeden z nich, za to do pozostałych mogłem zaproponować po kilka odpowiedników. Dość impulsywnie odmówiła, a wychodząc z apteki rzuciła słowa, „co to się, panie, porobiło z tymi lekami, że nigdzie ich nie ma”?

Niech te leki będą drogie, ale niech będą... (fot. Shutterstock)

Przez ostatnie lata obserwowaliśmy w Polsce stały i systematyczny wzrost liczby aptek. W 1990 r. ona wynosiła niecałe 3800, a potem machina ruszyła… Obecnie ich liczba wynosi ok. 15 000 i dzięki AdA (‘Aptece dla Aptekarza’) w końcu przestała rosnąć.

W czasach, które pamiętają tylko takie dinozaury jak ja, bywała jedna lub dwie apteki na teren dzisiejszego powiatu. Magistrów wystarczało na dyżury nocne i świąteczne, jednakże brakowało leków. Potem w aptekach zaczęły się pojawiać leki, parafarmaceutyki, a także wszelkie mydło i powidło. Zaczęła rosnąć też liczba aptek. Jednocześnie spadała statystyczna średnia liczba magistrów na aptekę. W 1990 r. było to ok. 6, dziś jest 1,78 (czytaj więcej: W którym województwie przypada najmniej farmaceutów na aptekę?). Spora różnica, prawda?

Siermiężny socjalizm powodował systemowe braki wszystkiego – w tym leków. Pamiętam słowa wypowiedziane przez przemiłą, niewykształconą pomoc apteczną, która pracowała w tej samej aptece, co ja, gdy zachorowała bliska jej osoba. „Niech te leki będą drogie, ale niech będą”… Uważajcie, o co prosicie, bo może być wam dane.

A potem nastały czasy mlekiem i miodem płynące… Każdy normalny aptekarz za punkt honoru stawiał sobie, by mieć wszystko, czego dusza pacjenta zapragnie. Bo może przyjdzie i będzie potrzebował? Jesteśmy fachowcami od leków, w tym także od spraw prozaicznych, czyli ich codziennej dostępności. Hurtownie musiały się dostosować do oczekiwań pacjentów i aptekarzy, więc wszystko działało jak w dobrze naoliwionej maszynie. Malkontentom i zazdrośnikom to do dziś nie w smak, bo wtedy sporo aptekarzy znacznie podniosło swój status majątkowy.

Rzeźnik, handlarz złomem i lekarz mają prawo mieć własny dom i niezły samochód, a aptekarz nie??? Ma mieszkać w lepiance, jeździć co najwyżej starym rowerem lub komunikacją miejską, a leki etycznie rozdawać za darmo? Bez nabiału!

Tu powinienem napisać coś na temat zorganizowanej i nasilonej emisji tekstów, które się pojawiają na różnych portalach branżowych. Ich wspólnym mianownikiem jest wdrukowywanie farmaceutom, że skromnie i z godnością mają pracować za grosze, w dzień oraz w nocy, a przy tym absolutnie nie żądać zwiększenia uprawnień [choć przecież wynikających z ciężko zdobytej wiedzy] i w ślad za tym większej niezależności. Zarabiają w dzień, więc troszeczkę (sic!) mogą dołożyć do interesu w nocy. Kubek na mocz kupiony w jej środku, może pomóc w życiodajnej analizie wykonanej o poranku. Od poważnych spraw są lekarze, a życzliwy dla pacjentów magister, z uniżonym uśmiechem ma pokornie wydać przepisany lek.

Komuś zależy na mało zarabiających i bezwolnych farmaceutach, choć to właśnie bez nich nie może istnieć żadna apteka. Przypadek? Kolejny raz mamy przykład, jak dla niefarmaceutycznych pracodawców niewiele znaczą zatrudniani przez nich farmaceuci. Wolą wydać pieniądze na jątrzących i przeinaczających trolli, zamiast na wypłaty dla ludzi, dzięki pracy których spijają śmietankę. Tym razem więcej nie napiszę o patomorfologicznych trollach ponownie zasysających fetor z szamba. Ale uważnie się przyglądam tej aberracji.

Jeśli ktoś chce być bezwolnym narzędziem menedżera_kiedyś_od_jogurtów lub innego „karbowego”, niech nie liczy na poprawę swojej sytuacji w pracy.

W każdym razie, gdy „z gracją armii czerwonej”* (brak wielkich liter jest świadomy) do Polski wkroczyły sieci, zaopatrzenie aptek systematycznie zaczęło się pogarszać. Ponownie pojawiły się pojęcia znane mi z dawnych czasów: leki deficytowe. O niedozwolonym reeksporcie, odwróconym łańcuchu dystrybucji oraz dumpingu jako skutku, napisano już wiele. W każdym razie istnienie deficytów ma źródło w patologiach istniejących w polskiej farmacji, w obrocie lekiem.

Gdy do powyższego dołożymy ww. wielką liczbę aptek (i małą magistrów), nieuchronnie pojawiają się negatywne konsekwencje tej sytuacji. Spadająca dochodowość wymusza zmniejszanie zapasów, a więc i ograniczanie asortymentu. Przeterminowują się leki, które kiedyś kupowano na opakowania zbiorcze. Zwiększona ponad logikę liczba odpowiedników znakomicie utrudnia funkcjonowanie. Na dodatek każda zamiana na tańszą wersję, w funkcji czasu powoduje spadek limitu, a w ślad za tym marży (poprawnie: narzutu) czyli zarobku apteki. Pojawia się zjawisko zbliżone do tego, które obserwuje się przy spadku temperatury w pobliże zera absolutnego: zanik ruchu. „Praw fizyki pan nie zmienisz. Nie bądź pan głąb”!

W związku z powyższym zupełnie innej ocenie podlega sytuacja, która niedawno przydarzyła mi się w aptece. Przypuszczam, że wielu z nas miało podobne doświadczenia. Otóż odwiedziła mnie ok. 70-letnia pacjentka z receptą na kilka leków stosowanych w leczeniu chorób układu krążenia. Miałem tylko jeden z nich, za to do pozostałych mogłem zaproponować po kilka odpowiedników. Dość impulsywnie odmówiła, a wychodząc z apteki rzuciła słowa, „co to się, panie, porobiło z tymi lekami, że nigdzie ich nie ma”?

Tak się kończy niepohamowany wzrost liczby aptek (AdA jeszcze nie zmniejszyła ich liczby), wieloletnie tolerowanie wszelkiej patologii przez struktury państwa oraz stworzenie systemu cenowo-limitowo-marżowego będącego w oderwaniu od realiów ekonomicznych. Ustawa refundacyjna miała na celu tylko obniżkę wydatków płatnika na leki wydawane ze zniżką. Cel został osiągnięty, a kolejne obwieszczenia ministra zdrowia wprowadzają zmiany o charakterze kosmetycznym. Nie zmienią tego pojedyncze przypadki, gdy znacząco zmienia się limit i odpłatność nośnych medialnie leków stosowanych dla dzieci po przeszczepach narządów.

Na koniec zachęcam do zwrócenia uwagi na niezwykle interesującą wiadomość dotyczącą leków deficytowych. Pewien przedsiębiorca posiadający sporo aptek, bez skrępowania ogłasza urbi et orbi, iż jego „apteka w szpitalu jest wyjątkowa dlatego, że jest uprzywilejowana w dostawach leków deficytowych. Jako jedyna w całym województwie ma dostęp do wszystkich leków przeciwzakrzepowych, insulin i innych preparatów, umieszczanych w wykazie leków deficytowych ministerstwa zdrowia” (czytaj więcej: Apteka zniknie, bo kończy się umowa najmu. Ofiara „apteki dla aptekarza”?).

Czy prawidłowym jest wniosek, że skoro tamta apteka jest uprzywilejowana, moja i inne nie są? Czy prawidłowy jest wniosek, że jest to forma nierównego traktowania podmiotów gospodarczych, ale przede wszystkim pacjentów? Czy ów przedsiębiorca nie ma naszego płaszcza i co my mu możemy zrobić?

* Autor powiedzenia: mgr farm. Marcin Wiśniewski, lider ZAPPA, człowiek, którego determinacja dorównuje intelektowi i wewnętrznej energii.

Jak oceniasz artykuł?

Twoja ocena: Jeszcze nie oceniłeś/aś artykułu

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych

0 komentarzy - napisz pierwszy Komentujesz jako gość [ lub zarejestruj]

Odpowiadasz:

avatar
Akceptuję regulamin dyskusji *
Komentujesz jako gość! Chcesz być informowany o nowych komentarzach w temacie? Zarejestruj się, lub jeśli już masz konto w grupie farmacja.net - .

Powiązane artykuły

Farmaceuta za granicą: FIP – International Pharmaceutical Federation Farmaceuta za granicą: FIP – International Pharmaceutical Federation

W dniach 2-6 września odbył się w Glasgow w Szkocji doroczny kongres FIP – International Pharmaceuti...

5 ziół, które powinny znaleźć się w apteczce kibica 5 ziół, które powinny znaleźć się w apteczce kibica

Niemieccy naukowcy dowodzą, iż nie tylko czynne uprawianie sportu jest związane z ryzykiem poważnych...

Felieton delegata na KZA – część 2 Felieton delegata na KZA – część 2

Sporo gorzkich słów zostało ostatnio wypowiedzianych i napisanych na mój temat, w kontekście pierwsz...