REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
czw. 23 lutego 2017, 14:00

Farmaceuta u farmaceuty

Niejednokrotnie słyszałem opinie, że farmacja ma nieco do czynienia z magią. Bądź co bądź pierwsi farmaceuci wywodzili się od alchemików, receptura kojarzy się nie-aptekarzom z lekcją eliksirów u profesora Snape’a rodem z murów Hogwartu, a Nanade wszystko nadnaturalną zdolnością dla większości śmiertelników wydaje się sztuka odczytywania recept…

Farmaceuta u farmaceuty

Zwykły Kowalski jest pod wrażaniem, gdy jego Pani Magister odczyta lekarskie bazgroły, ale nie zdaje sobie sprawy, że magia polega na czymś innym. Parafrazując pewne powiedzenie, farmaceuta mógłby rzec: „Pokaż mi swoją receptę, a powiem Ci, kim jesteś” (lub na co chorujesz – jak kto woli). Czasem bywa to uczuciem doprawdy dziwnym, gdy patrzysz na pacjenta i nie do końca rozumiesz dlaczego taki jest, ale recepta wyjaśnia pewne kwestie. Co jednak, jeśli to kolega po fachu, kolega zza pierwszego stołu podchodzi z ową receptą?

REKLAMA

Nie ma co ukrywać, że w aptece nie zawsze jest możliwa do zachowania dyskrecja. Pacjent stoi za pacjentem, nieraz widać, że jeden czy drugi chce się nas czegoś poradzić tajemnicy, zapytać lub poprosić o specyfik na wstydliwą dolegliwość. W przypadku realizacji recepty kolegi czy koleżanki z apteki mamy jednak do czynienia z innym rodzajem niedyskrecji. Stajemy twarzą w twarz z czymś prywatnym, intymnym, czymś, co nie jest tematem codziennych rozmów podczas przerwy śniadaniowej. Nagle patrząc na zestaw leków stajemy się świadomi, co dolega jej czy jemu. Czasem – zachowując profesjonalizm – po prostu przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Jeśli nasze relacje są poprawne i chcemy wykazać się koleżeńskością, zadamy sobie trudu wyszukania preparatu w tańszej hurtowni czy odpowiednika. Co jednak, jeśli zapisane na wręczonej nam recepcie pozycje wskazują, że problem nie jest tak błahy?

Podczas studiów miałem przyjemność współpracować z pewną panią doktor, która zajmowała się diagnozowaniem chorób neurodegeneracyjnych. Często trudno było uzbierać grupę badawczą, stąd też różne próby były wykonywane na pracownikach kliniki. Podczas jednego z badań wyniki ujrzały światło dzienne, co nie pozostało bez echa. Część osób jedynie otrzymała informacje, że ryzyko zapadalności w ich przypadku jest wyższe niż statystycznie, jednak relacje w zespole się diametralnie zmieniły. Dopóki ktoś nie wiedział o ich „słabości” wszystko było ok., jednak kiedy ktoś zaczyna patrzeć na innych z litością a nie współczuciem, takie warunki nie sprzyjają pracy w zespole. Czy więc w przypadku omawianego przypadku „farmaceuta przychodzi do farmaceuty” nie ma ryzyka, że zaistnieje podobna zależność? Czy umielibyśmy zachować pełen profesjonalizm i wyzbyć się ludzkich, często ckliwych emocji, próbując kogoś pocieszyć w chorobie, odciążyć go emocjonalnie próbując nakłonić do mówienia, oferując swoje wsparcie?

REKLAMA
REKLAMA

Czym innym jest przeczytanie recepty w ciszy i uświadomienie sobie powagi tego, co się czyta, a czym innym jest dzielenie się tym z kimś, kto z nami pracuje. Czy pomogłoby gdyby taką receptę otrzymał do realizacji nieznajomy farmaceuta w zupełnie przypadkowej aptece? A może tak naprawdę czasem taka szczerość między kolegami po fachu pomaga? Bądź co bądź pewnych rzeczy nie trzeba nazywać, pewne rzeczy mówią same za siebie i podzielić się swoim trudem jest łatwiej, nie musząc wypowiadać na głos najtrudniejszych słów. Nikt podobno tak nie rozumie jak ktoś, kto robi w życiu dokładnie to samo.

Zawsze jest możliwość wyboru tej jednej konkretnej osoby, której zaufamy i która pozna nasz sekret poprzez wręczoną receptę. Każdy psycholog ma swojego psychologa, by po skończonych sesjach udać się na swoją. Każdy ksiądz ma swojego spowiednika, który pomaga mu w uporaniu się ze swoimi bolączkami. Może więc każdy farmaceuta powinien mieć „swojego farmaceutę”, na wypadek, gdyby zaistniała konieczność zrealizowania niewygodnej recepty…?

REKLAMA
REKLAMA
Ikona Google News
mgr.farm na Google News Śledź najnowsze wiadomości
Dołącz do nas
REKLAMA