Zwykły Kowalski jest pod wrażaniem, gdy jego Pani Magister odczyta lekarskie bazgroły, ale nie zdaje sobie sprawy, że magia polega na czymś innym. Parafrazując pewne powiedzenie, farmaceuta mógłby rzec: „Pokaż mi swoją receptę, a powiem Ci, kim jesteś” (lub na co chorujesz – jak kto woli). Czasem bywa to uczuciem doprawdy dziwnym, gdy patrzysz na pacjenta i nie do końca rozumiesz dlaczego taki jest, ale recepta wyjaśnia pewne kwestie. Co jednak, jeśli to kolega po fachu, kolega zza pierwszego stołu podchodzi z ową receptą?
Nie ma co ukrywać, że w aptece nie zawsze jest możliwa do zachowania dyskrecja. Pacjent stoi za pacjentem, nieraz widać, że jeden czy drugi chce się nas czegoś poradzić tajemnicy, zapytać lub poprosić o specyfik na wstydliwą dolegliwość. W przypadku realizacji recepty kolegi czy koleżanki z apteki mamy jednak do czynienia z innym rodzajem niedyskrecji. Stajemy twarzą w twarz z czymś prywatnym, intymnym, czymś, co nie jest tematem codziennych rozmów podczas przerwy śniadaniowej. Nagle patrząc na zestaw leków stajemy się świadomi, co dolega jej czy jemu. Czasem – zachowując profesjonalizm – po prostu przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Jeśli nasze relacje są poprawne i chcemy wykazać się koleżeńskością, zadamy sobie trudu wyszukania preparatu w tańszej hurtowni czy odpowiednika. Co jednak, jeśli zapisane na wręczonej nam recepcie pozycje wskazują, że problem nie jest tak błahy?
Podczas studiów miałem przyjemność współpracować z pewną panią doktor, która zajmowała się diagnozowaniem chorób neurodegeneracyjnych. Często trudno było uzbierać grupę badawczą, stąd też różne próby były wykonywane na pracownikach kliniki. Podczas jednego z badań wyniki ujrzały światło dzienne, co nie pozostało bez echa. Część osób jedynie otrzymała informacje, że ryzyko zapadalności w ich przypadku jest wyższe niż statystycznie, jednak relacje w zespole się diametralnie zmieniły. Dopóki ktoś nie wiedział o ich „słabości” wszystko było ok., jednak kiedy ktoś zaczyna patrzeć na innych z litością a nie współczuciem, takie warunki nie sprzyjają pracy w zespole. Czy więc w przypadku omawianego przypadku „farmaceuta przychodzi do farmaceuty” nie ma ryzyka, że zaistnieje podobna zależność? Czy umielibyśmy zachować pełen profesjonalizm i wyzbyć się ludzkich, często ckliwych emocji, próbując kogoś pocieszyć w chorobie, odciążyć go emocjonalnie próbując nakłonić do mówienia, oferując swoje wsparcie?
Czym innym jest przeczytanie recepty w ciszy i uświadomienie sobie powagi tego, co się czyta, a czym innym jest dzielenie się tym z kimś, kto z nami pracuje. Czy pomogłoby gdyby taką receptę otrzymał do realizacji nieznajomy farmaceuta w zupełnie przypadkowej aptece? A może tak naprawdę czasem taka szczerość między kolegami po fachu pomaga? Bądź co bądź pewnych rzeczy nie trzeba nazywać, pewne rzeczy mówią same za siebie i podzielić się swoim trudem jest łatwiej, nie musząc wypowiadać na głos najtrudniejszych słów. Nikt podobno tak nie rozumie jak ktoś, kto robi w życiu dokładnie to samo.
Zawsze jest możliwość wyboru tej jednej konkretnej osoby, której zaufamy i która pozna nasz sekret poprzez wręczoną receptę. Każdy psycholog ma swojego psychologa, by po skończonych sesjach udać się na swoją. Każdy ksiądz ma swojego spowiednika, który pomaga mu w uporaniu się ze swoimi bolączkami. Może więc każdy farmaceuta powinien mieć „swojego farmaceutę”, na wypadek, gdyby zaistniała konieczność zrealizowania niewygodnej recepty…?










