Farmaceuta w małym mieście

28 marca 2017 12:00

Był deszczowy wieczór w małym, cichym miasteczku. Ludzie pierzchli w pośpiechu szukając schronienia pod każdym dostępnym daszkiem. A że mieli znaczną przewagę liczebną nad daszkami, pod każdym panował niekomfortowy ścisk. Traf chciał, że pod jednym z nich znalazł się Farmaceuta…

Praca w aptece w małym mieście ma swoje uroki

Mimo naciągniętej na oczy czapki, postawionym kołnierzu płaszcza nie udało mu się uniknąć tych błysków rozpoznania w oczach innych deszczowych uciekinierów, które zwykle oznaczały nadchodzący krzyżowy ogień pytań. W strumieniu ciepłej pary najstarsza rezydentka przystanku autobusowego z typową dla sędziwych, ciekawskich pań poufałością przywitała się z magistrem. Upewniła się, że pamięta o zamówieniu dla niej nowego leku na nadciśnienie. I gdy tak rozmawiali, innym osobom przyszły do głowy przeróżne farmaceutyczne zagadki, które z braku czegoś ciekawszego zadawali swojej wciśniętej pod samą szybę przystanku ofierze. Autobus nie nadjeżdżał.

W małym mieście farmaceuta musi być zawsze gotowy nieść pomoc osobom w potrzebie. Oczekuje się, że przydybany po pracy niezależnie czy na przystanku, w knajpie czy seks szopie, z pełnym zaangażowaniem odpowie na kolejne pytanie dotyczące hemoroidów czy wyczerpie temat kaszlu u dziecka. Nie? To w małym mieście może zepsuć zarówno reputację farmaceuty jak i apteki, w której pracuje.

Bycie farmaceutą w małym mieście to specyficzna praca. Ze względu na rodzaj załatwianych w aptece spraw, to jakie osoby i w jakich okolicznościach ją odwiedzają oraz co mówią (zwłaszcza o sobie i swoim życiu) magister farmacji jest osobą szczególnego zaufania. Trochę jak lekarz – gdy nie ma numerków w przychodni poratuje radą albo lekiem, trochę jak ksiądz – wie kto jakie grzechy ma na sumieniu (kto bierze jakie tabletki antykoncepcyjne, kto kupuje sildenafil i tabletkę „po”, co w małym mieście uchodzi za grzeszne). Jest łatwo rozpoznawany, cieszy się szacunkiem i jest w swojej dziedzinie autorytetem. A przynajmniej chciałabym, żeby tak było.

W rzeczywistości żeby tak było, trzeba bardzo uważać i ciężko pracować nad swoim wykształceniem oraz wizerunkiem. Wchodząc po raz pierwszy w to środowisko farmaceuta musi zapoznać się z pacjentami, zdobyć ich zaufanie i skłonić do mówienia. To nie jest łatwe, bo w małych społecznościach ludzie sami ustalają jakie zachowania sa akceptowalne i nie ma znaczenia czy są zgodne czy niezgodne z prawem lub ogólnie przyjętym kodeksem moralnym. Jedno niewłaściwe słowo, nieostrożny komentarz (które potem zostaną omówione szeroko na lokalnych spotkaniach towarzyskich pod sklepem lub na placu zabaw), a pacjenci odejdą. I ich znajomi także, bo marketing szeptany w małym mieście to najsilniejsza forma reklamy.

Z powodów formalnych, różnicy zdań, charakterów czy niewiedzy w aptece często zdarzają się konflikty na linii farmaceuta-pacjent i potrzeba sporej asertywności, uporu i cierpliwości, żeby z sytuacji wyjść zachowując twarz, osiągając porozumienie przy dobrym samopoczuciu pacjenta, bez wrażenia, że został oszukany czy poniżony. Do tego coraz więcej osób zanim zdecyduje się na wizytę w aptece samodzielnie dokonuje rozeznania dotyczącego swojego potencjalnego leczenia i odwiedza nas z pewną (mniej lub bardziej sensowną) wiedzą. Nie do pomyślenia jest, żeby farmaceuta wiedział mniej niż pacjent, więc na niezbędne jest, żeby być na bieżąco ze świeżynkami na rynku i najnowszymi możliwościami terapii.

Oczywiście droga do serc (i portfeli) pacjentów może być krótsza i łatwiejsza – gdyby gdzieś skłamać, na coś przymknąć oko, wydać coś „po znajomości”. Z braku siły, wypalenia, a może dziwnego poczucia, że to jest właściwe zachowanie widzę, że wiele osób tak robi. Ale to strategia bardzo krótkowzroczna. Generuje błędy, dodatkową pracę dla farmaceuty i gdy kłamstwo przez pacjenta zostaje wykryte (na przykład takie: „nie znajdzie pan tego w żadnej aptece”) – powoduje utratę autorytetu i pacjenta. Czasem apteka nie może sobie na to pozwolić.

Z jednej strony praca w małym mieście oferuje dużo spokojnego czasu na obsługę, możliwości monitorowania terapii i działań niepożądanych, dobry kontakt z pacjentem i kontrolę nad własną pracą. Życie płynie wolniej, nie ma pośpiechu i nerwów oraz błędów z tym związanych. Kosztem prywatności. Nie każdy magister czuje się dobrze będąc w centrum uwagi i osaczony w deszczowy dzień na przystanku przez żądnych porad pacjentów ma ochotę na ich udzielanie. Ale wiem, że można i z takiej sytuacji wybrnąć wygrywając sympatię pacjentów a samemu nie męcząc się zanadto – widziałam to na żywo, będąc jednym z obserwatorów sytuacji pod daszkiem przystanku. Farmaceuta był już sędziwy i miał to coś, co wielu z nas chciałoby mieć. Szacunek.

Jak oceniasz artykuł?

Twoja ocena: Jeszcze nie oceniłeś/aś artykułu

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych

0 komentarzy - napisz pierwszy Komentujesz jako gość [ lub zarejestruj]

Odpowiadasz:

avatar
Akceptuję regulamin dyskusji *
Komentujesz jako gość! Chcesz być informowany o nowych komentarzach w temacie? Zarejestruj się, lub jeśli już masz konto w grupie farmacja.net - .

Powiązane artykuły

Food Pharmacy – nudne, sztuczne i naciągane Food Pharmacy – nudne, sztuczne i naciągane

Pewnego razu spotkały się dwie hipochondryczki. Od słowa do słowa okazało się, że obie są maniaczka...

Matka farmaceutka na urlopie Matka farmaceutka na urlopie

Urlop urlopem, a farmaceuta – i tak w pracy. Od zawodu nie da się uciec nad morze, w góry czy, jak w...

Upiorne testowanie Upiorne testowanie

W Wielkiej Brytanii około półtora miliona kobiet otrzymało Primodos od swojego lekarza prowadzącego,...