REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
wt. 26 lipca 2016, 07:05

Gdy pacjent umiera w oczach

Nie ma nic gorszego w naszej pracy niż przyglądanie się jak powoli umiera nasz pacjent. Tydzień po tygodniu, dzień po dniu… Ta świadomość, że każda jego wizyta w naszej aptece może być tą ostatnią, sprawia, że praca farmaceuty nie jest dla każdego.

Mam w rodzinie kilku policjantów pracujących w drogówce i wydziale kryminalnym. Podczas różnych spotkań (urodzin, imienin i pogrzebów) opowiadają oni o kulisach swojej pracy. O zmasakrowanych szczątkach ludzkich wyciąganych z wraków samochodów po wypadkach. O topielcach wyławianych z jeziora. O ofiarach przemocy rodzinnej i porachunków gangsterskich. Nie zazdroszczę im tych widoków. Domyślam się, że to co zobaczyli w pracy, śni im się po nocach. Między innymi dlatego nie oburzam się na wcześniejsze emerytury mundurowych. Nie wyobrażam sobie pracy w takich warunkach i oglądania takich widoków przez większą część życia.

REKLAMA

Jednak z drugiej strony nie czuję się komfortowo wiedząc, że przez kolejne kilkadziesiąt lat będę musiał przyglądać się jak umierają moi pacjenci. Z pewnością nie jest to wizja tak drastyczna i efektowna jak ta przedstawiana przez moich rodzinnych policjantów. W końcu farmaceuta rzadko widzi nawet krew. Nie oznacza to jednak, że nie obcujemy ze śmiercią, ludzkim cierpieniem i dramatem rodziny. Nie oglądamy nagłych zgonów i dramatycznych wypadków. Zamiast tego obserwujemy powolne umieranie – nie mniej niesprawiedliwe i dramatyczne.

Tak już mam, że zżywam się z pacjentami. Kiedy ktoś często przychodzi do mojej apteki, to bardzo łatwo nawiązać bliższy kontakt i znajomość. Tym trudniej pogodzić się później ze śmiercią takiego pacjenta. Śmiercią często niesprawiedliwą. I nie mam tutaj na myśli emerytów chorujących na cukrzycę, nadciśnienie czy astmę. Chodzi mi o młodych ludzi, którzy w kwiecie wieku dowiadują się o tym, że mają raka. Jako farmaceuta nie raz obserwowałem ich walkę z chorobę, dramat pozostałych członków rodzinny i stopniową utratę nadziei. Chociaż ta nadzieja na ogół umiera ostatnia (wiele racji jest w tym powiedzeniu). Kiedy znam pacjenta i realizuje on u mnie wszystkie recepty, to po przepisywanych mu lekach jestem w stanie zgadnąć na jakim etapie choroby się znajduje. Kiedy w przypadku nowotworu prym zaczynają brać leki uśmierzające ból – wiem już, że lekarze stracili nadzieję. A mimo to widzę ją w oczach pacjenta. Pacjenta, który napędzany energią swojej rodziny odwiedza kolejnych lekarzy i niekiedy próbuje medycyny alternatywnej.

REKLAMA
REKLAMA

Między innymi z tego powodu nie potrafię zdzierżyć wszelkiego rodzaju znachorów, którzy wykorzystując desperację ludzi szukających ostatniego ratunku przed śmiercią, są w stanie uwierzyć we wszystko. W to, że duże dawki witaminy C uleczą raka, a cukrowe granulki mają leczniczą moc. Ten rodzaj bezwzględności i okrucieństwa to coś, do czego nigdy się nie przyzwyczaję.

No właśnie… przyzwyczajenie. Czy można się przyzwyczaić do obcowania ze śmiertelnie chorymi? Czy można utracić empatię do tego stopnia by przestać przejmować się dramatem człowieka stojącego po drugiej stronie pierwszego stołu? Myślę, że z biegiem stażu pracy uczymy się rozpoznawać prawdziwe dramaty od przewrażliwionych hipochondryków. Nabieramy też doświadczenia w radzeniu sobie z niesprawiedliwością losu i nieuchronnością rodzinnych tragedii. Przestajemy sobie zadawać pytania „dlaczego”, „jak”, „skąd”… Akceptujemy nieprzewidywalność życia. Ale mimo wszystko odczuwamy cierpienie i stratę. W końcu inaczej nie bylibyśmy ludźmi.

REKLAMA
REKLAMA
Ikona Google News
mgr.farm na Google News Śledź najnowsze wiadomości
Dołącz do nas
REKLAMA