Identyfikacja wizualna a groźba pomyłki

8 kwietnia 2016 09:44

Zapewne większość z nas spotkała się z pojęciem corporate identity czyli po polsku z identyfikacją wizualną. Wikipedia dość lakonicznie określa, że jest to „podstawowe narzędzie, służące kreowaniu wizerunku marki firmy na rynku.

shutterstock_315474083.jpg

Termin ten określa ogół symboli i zachowań stosowanych w firmie w celu uzyskania czytelnej i spójnej identyfikacji rynkowej i wyróżnienia jej spośród konkurencyjnych marek. Spójny system wizualny jest najważniejszym elementem całościowej identyfikacji.” No, właśnie, identyfikacji… Zaakceptowaliśmy, że serwis naszej marki samochodu wygląda identycznie, jego nazwa, kombinezony mechaników, krój liter na fakturze – wszystko wygląda tak samo, w każdym serwisie w dowolnym mieście, a nawet kraju (niestety dla swego portfela, przed laty byłem zmuszony sprawdzić i to…) Każda firma w ten sposób stara się wyróżnić na tle innych. Biznes to wojna, więc niech nasze mundury będą inne. Jako konsumenci oddaliśmy władzę nad sobą. Rządzą nami pijarowcy ukierunkowani na wysysanie z nas ostatniego grosza, itd. Zapędziłem się… Chociaż nie, nie zapędziłem. Świadomie pokierowałem myślami moich Czytelników. W czym rzecz? Otóż kolejny raz w mym zawodowym życiu niedawno w myślach użyłem wiązanki słów dalece odbiegających od literackiej polszczyzny, ale przypominających mi pobyt w wojsku.

Przywieziono mi opakowania jednej z witamin pewnej firmy od lat działającej na terenie Polski. Szata graficzna identyczna z witaminą oznaczaną sąsiednią literą alfabetu. Gdyby nie nieco inny kształt pudełka, nazwałbym je bliźniaczkami.

Mam za sobą długie lata doświadczeń zawodowych. Jak większość mężczyzn korzystam głównie z pamięci wzrokowej. Potrafię też a`vista stworzyć dla siebie własny system zapamiętywania szczegółów przydatnych w pracy i życiu codziennym. Nie da się inaczej, gdy się pracuje w aptece. Właśnie miejsce pracy i wykonywany zawód nauczyły mnie, że w naszej branży pewne, wydawałoby się, uniwersalne reguły, nie sprawdzają się. M.in. opakowania leków np. w poszczególnych dawkach muszą się różnić w sposób znaczący. Cel jest jeden: bezpieczeństwo. Nasze i pacjentów. W tej logicznej (apteka => pacjent) kolejności. Kpiną ze zdrowia i życia ludzkiego jest, że „młodzi kreatywni pijarowcy” nam, farmaceutom, przez pryzmat mamony narzucili swój sposób postrzegania świata. Jej podporządkowano wszystko, także nas i ludzi, którzy [jeszcze] nam ufają.

Cóż z tego, że potrafię czytać i pisać, że jako mgr farm. wiem, czym się różni kwas od zasady, a tabletka od pastylki? Oni, pijarowcy, też są lub będą pacjentami, ale, piiiiiiiiiiiiiii, utrudniają nam bezpieczne wykonywanie naszej pracy (przepraszam za słowo „utrudniają”)! Co więcej, oni te leki kiedyś kupią, schowają w domowej apteczce i prędzej czy później też się mogą pomylić. Farmaceuta ma nawyk (przynajmniej kiedyś tak było) ciągłego sprawdzania samego siebie, czy gdzieś się nie pomylił, czy nie wydał nieprawidłowego leku. Przeciętny pacjent, a raczej wg współczesnej nomenklatury: klient-świadczeniobiorca, już takiego nawyku nie ma. Cóż po wspomnianej ulotce, skoro jedną z zasad współczesnego człowieka jest: „gdy już wszystko zawiedzie, przeczytaj instrukcję”. A zresztą nie do wszystkiego jest dołączona instrukcja-ulotka, o czym przekonała się cała Polska na przykładzie alkoholowych ekscesów byłego posła P. Wiplera, notabene niedawno objawionego „znawcę” farmakologii domowej (wyrazy uznania dla wiceprezesa NRA M. Tomkówa, za telewizyjne obnażenie dyletanctwa tego polityka).

Wspomniane witaminy zapewne nie są pierwszym, ani ostatnim przykładem złych zastosowań corporate identity w farmacji. Ja doskonale pamiętam, że paracetamol w czopkach pewnej działającej w naszym kraju firmy, miał kiedyś dla wszystkich dawek identyczną nazwę oraz szatę graficzną. Dziwnym trafem po latach obie zmienił dla dawek dziecięcych. Przypadek? Nie sądzę… Czy muszą nastąpić pomyłki, aby producent leku łaskawie wysłuchał profesjonalnych uwag zatrudnionego przez siebie farmaceuty, że opakowania mogą spełniać reguły corporate identity, ale muszą uniemożliwiać błędy wynikające z powyższych założeń??? Przy okazji: producenci leków zatrudniają jeszcze tych, nooooo, jak im tam, yyyyy, far_ma_ceu_tów???

P.S. Przez ostatnie lata wiele razy słyszałem, że „Izby nic nie robią”. Także przez ostatnie lata prawie nic „Izby” nie robiły w sprawie dyżurów. Jednakże problem nie znikał. Dziś jest o nim głośno. Dlatego powyższy felieton o niebezpieczeństwach z identycznymi opakowaniami różnych leków tego samego producenta proszę traktować jako rozpoczęcie debaty. Każdy z nas może się do niej włączyć lub ją zignorować. Wynik końcowy zależy od nas samych.

Jak oceniasz artykuł?

Twoja ocena: Jeszcze nie oceniłeś/aś artykułu

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych

0 komentarzy - napisz pierwszy Komentujesz jako gość [ lub zarejestruj]

Odpowiadasz:

avatar
Akceptuję regulamin dyskusji *
Komentujesz jako gość! Chcesz być informowany o nowych komentarzach w temacie? Zarejestruj się, lub jeśli już masz konto w grupie farmacja.net - .

Powiązane artykuły

Plaga fałszywych recept! Plaga fałszywych recept!

Jeszcze kilka lat temu fałszowanie recept ograniczało się najczęściej do tych wystawionych na leki z...

Farmaceuta na godziny…? Farmaceuta na godziny…?

Sytuacja na rynku pracy mgr farm. zmusza tą grupę zawodową do zmiany wieloletnich przyzwyczajeń i ak...

Jezdem wyedókowanym pacjętem Jezdem wyedókowanym pacjętem

Gdy w 1983 r. rozpoczynałem studia na poznańskim Wydziale Farmacji, ich ukończenie jawiło mi się jak...