REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
wt. 14 lipca 2015, 11:05

Kaftan z farmakologii

Nie wiedzieć czemu ulubieńcem pop-kultury, poszukiwaczy wrażeń i widzów seriali stały się szpitale psychiatryczne. Idealnie, jeśli szpital będzie opuszczony, mury zmurszałe, okna nadgryzione duchem czasu, a po zbutwiałych podłogach wiatr rozrzuci starą dokumentację. Warto, by miejsce takie miało swoją mroczną historię- ktoś został tu przyjęty i zaginął po nim wszelki ślad, pracowała tu postawna pielęgniarka o uśmiechu rodem z „Misery” Stephena Kinga lub szalony doktor. Dawniej ludzie mieli nawiedzone zamki, dziś o wiele bardziej w cenie są psychiatryczne mury starych szpitali.

W każdej opowieści jest jednak ziarnko prawdy. W czasach, gdy o chorobach psychicznych wiedziano tyle co nic, do jednego worka wrzucano schizofrenię, upośledzenie i demencję starczą, szpitale psychiatryczne musiały być zapewne przerażającymi miejscami. Zadaniem personelu medycznego musiała być między innymi pacyfikacja obłąkanych pacjentów. Clou sprawy przedstawia się następująco- jeszcze w dwudziestym wieku nie było substancji, którą można by podać nadmiernie pobudzonym, by grzecznie odeszli w stronę łóżka.

REKLAMA

Dziś trudno wyobrazić sobie oddział psychiatryczny bez leków antypsychotycznych, ba, leki te są niezbędne również w zwyczajnych szpitalach. Tymczasem, rozkwit psychofarmakologii to dopiero rok 1950, kiedy w laboratoriach firmy Rhône-Poulenc Paul Charpentier zsyntetyzował nową cząsteczkę chemiczną- chlorpromazynę. Laboratorium zajmowało się do tej pory (z dużym powodzeniem) produkcją leków na infekcje tropikalne, leków przeciwpasożytniczych i antyhistaminowych. Na swoim koncie miało ogromny sukces- pierwszy antyhistaminik używany powszechnie do złagodzenia objawów alergii, dostępny nawet w sprzedaży OTC – Antergan. Był to jednak lek nie tylko przeciwalergiczny. Razem z alergią odbierał on energię i siły witalne, powodując znaczną senność i wyciszenie. To co jest wadą dla jednych, staje się za to ogromną zaletą dla innych.

Profesora Paula Guirauda, paryskiego psychiatrę możnaby postrzegać w kategoriach szalonego lekarza, eksperymentującego na pacjentach w zakątkach swojego gabinetu. Jego pacjentów zwykle dostarczała rodzina „zasadniczo bez nadziei osiągnięcia poprawy”. W większości schizofrenicy, w najróżniejszych okresach swojego obłąkania, leczeni dotąd w najbardziej humanitarny ze znanych wówczas sposobów- elektrowstrząsami lub insuliną, nie mogli liczyć na wiele. Dostali tymczasem lek, który nie tylko wyrywał ich ze szpon szaleństwa, łagodził agresję i zmniejszał halucynacje, ale też nierzadko pozwolił wracać do względnie normalnego życia. W psychiatrii nastała nowa era- zamiast tradycyjnego ubrania krępującego ruchy, chory mógł otrzymać zastrzyk, który spełniał rolę wewnętrznego kaftana bezpieczeństwa.

REKLAMA
REKLAMA

Dziś wiemy już, że te pierwsze leki antypsychotyczne, to nie samo dobro. Wywołując przemożną senność, zmniejszają zdolności poznawcze, upośledzają możliwość pracy i nauki, a chorzy zaprzestają ich stosowania w obawie przed utratą dawnej osobowości. Szczególnie czarną kartą chloropromazyny okazało się używanie jej w tak zwanej schizofrenii bezobjawowej – schorzeniu rozpoznawanym dla potrzeb psychiatrii represyjnej w ZSRR. Ostra bezobjawowa schizofrenia pozwalała wysłać na przymusowe leczenie każdego obywatela, któremu nie w smak było podporządkowanie się ówczesnym władzom. Terapia była długa i wyczerpująca, rokowanie niepewne, a wyleczenie zależało tylko od kaprysów mocodawcy.

Jedno jest wszak pewne, gdyby nie farmakologiczne kaftany szpitale psychiatryczne byłyby o wiele mroczniejszymi miejscami, niż są dziś, kiedy mrożące krew w żyłach historie możemy zobaczyć tylko na wielkim ekranie.

REKLAMA
REKLAMA
Ikona Google News
mgr.farm na Google News Śledź najnowsze wiadomości
Dołącz do nas
REKLAMA