Leku nie ma, pacjent umiera

14 czerwca 2016 07:01

Smutna sytuacja miała miejsce niedawno z moim udziałem. Jednego dnia wieczorem przyszedł mężczyzna po lek dla swojej ciężko chorej matki. Leku nie było w aptece, więc zamówiłem go na następny dzień. Kobieta jednak nie dożyła poranka…

Naukowcy wezwali EMA do zwiększenia bariery dowodów na dopuszczenie do obrotu nowych leków onkologicznych. (fot. Shutterstock)

Takie sytuacje uzmysławiają, że apteka to nie tylko biznes, w którym liczy się obrót i rentowność. W czasach gdy aptekarzom przychodzi walczyć o przetrwanie i tematem rozmów coraz częściej stają się przepisy, nieuczciwa konkurencja, kryzys – gdzieś nam ginie po drodze pacjent. Choć sami temu zaprzeczamy, staje się tak naprawdę klientem, którego trzeba kusić, przekupywać i łechtać. Przestajemy czuć odpowiedzialność za jakość własnej pracy i jej wpływ na społeczeństwo. Zamiast tego martwimy się o własne utrzymanie.

Rzadko się słyszy, żeby pacjent zmarł lub doznał uszczerbku na zdrowiu z winy aptekarza. Wspomniana sytuacja do takich też nie należy. Pacjentka, o której mowa była w fazie terminalnej. Od tygodni jej rodzina przychodziła po silne leki przeciwbólowe, kroplówki. W końcu tego feralnego dnia jej syn przyszedł z receptą na Biotrakson. Oczywiście leku nie miałem – mało która apteka ma takie antybiotyki na bieżąco w magazynie. Gdyby to był inny pacjent i inny lek, bez żadnego wahania poprosiłbym o przyjście następnego dnia i zamówiłbym lek. Wiedziałem jednak, że w tej sytuacji każda godzina ma znaczenie.

Poinformowałem pacjenta jak wygląda sytuacja. Powiedział, że był w kilku aptekach po drodze i nigdzie leku nie było. Nie chciał więcej szukać i wolał poczekać do jutra na lek. Zadzwoniłem więc do lekarza z recepty i zapytałem czy pacjent może poczekać na lek do następnego dnia rano. Lekarz stwierdził, że leku pewnie nigdzie nie będzie od razu więc pacjent musi poczekać. Tak więc zrobiliśmy…

Następnego dnia lek przyjechał. Jak tylko była szansa rozpakowałem kartony i uszykowałem go. Syn pacjentki miał przyjechać od rana. Ale nie przyjechał. Godziny mijały… zacząłem przeczuwać najgorsze. Dopiero późnym popołudniem mężczyzna przyszedł do apteki z informacją, że jego mama zmarła i leki nie będą potrzebne. Nie miał pretensji czy żalu. Chciał nawet zapłacić za zamówiony dla niej lek. Oczywiście żadnych pieniędzy od niego nie wziąłem.

Nikt nie jest w stanie stwierdzić, czy lek pomógłby podany kilkanaście godzin wcześniej. W stanie w jakim była pacjentka, prawdopodobnie niewiele by to dało.

Czy czuję odpowiedzialność za śmierć pacjentki? W moim odczuciu zrobiłem wszystko co mogłem. Nie potrafię działać cudów i wyczarowywać rzadkich leków z rękawa. Poinformowałem syna pacjentki o całej sytuacji. Zapytałem o zdanie lekarza. Podzieliłem się tym sposobem odpowiedzialnością za tę sytuację z nimi. Takie rzeczy się po prostu zdarzają.

Biotrakson, który przyjechał dla tej pacjentki został w mojej aptece. Nie kosztował wiele, miał długi termin przydatności. Stwierdziłem, że kilka fiolek może się na przyszłość przydać – choćby po to, żeby taka sytuacja już się nigdy nie wydarzyła.

Jak oceniasz artykuł?

Twoja ocena: Jeszcze nie oceniłeś/aś artykułu

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych

0 komentarzy - napisz pierwszy Komentujesz jako gość [ lub zarejestruj]

Odpowiadasz:

avatar
Akceptuję regulamin dyskusji *
Komentujesz jako gość! Chcesz być informowany o nowych komentarzach w temacie? Zarejestruj się, lub jeśli już masz konto w grupie farmacja.net - .

Powiązane artykuły

Nie pójdę z nikim na układ Nie pójdę z nikim na układ

Zbigniew Niewójt już od blisko dwóch lat pełni obowiązki Głównego Inspektora Farmaceutycznego. Przys...

Świąteczne pogotowie Świąteczne pogotowie

Mieszanka wybuchowa – apteka całodobowa, dyżurująca, zlokalizowana w centrum handlowym, czas świątec...

Kupuję leki w… sklepie Kupuję leki w… sklepie

To co tu napiszę pewnie wywoła kontrowersje, ale nie przeszkadza mi miano jedynego farmaceuty w tym ...