Karolina Gruszka, jak zawsze pełna uroku, zagrała Marię Skłodowską-Curie w filmie koprodukcji francusko-niemiecko-polsko-belgijskiej w reżyserii Marie Noëlle z 2016 roku (polski tytuł „Maria Skłodowska-Curie”, oryginalny „Marie Curie”). Zakładam, że przeciętnie znajomość biografii Marii Skłodowskiej oscyluje wokół podstawowych informacji: urodziła się w Warszawie, studiowała w Paryżu, wyszła za mąż za fizyka Pierre’a Curie, z którym wspólnie otrzymała w 1903 roku Nagrodę Nobla z fizyki za badania nad zjawiskiem promieniotwórczości odkrytym przez profesora Henri Becquerel’a, trzeciego laureata Nagrody w tymże roku; w 1911 roku otrzymała drugą Nagrodę Nobla, tym razem z chemii, za wydzielenie czystego radu i uzyskanie radu w postaci krystalicznej; była profesorem na Sorbonie, zmarła na skutek choroby popromiennej, spoczywa w paryskim Panteonie.
Film francuskiej reżyser opowiada o latach 1903-1911, czyli od momentu otrzymania pierwszej Nagrody Nobla do przyjęcia drugiego medalu Królewskiej Akademii Nauk w Sztokholmie. Jednak scenariusz dotyczy nie tylko działalności naukowej, ale też życia prywatnego noblistki. Rozmowy z mężem o wyjeździe do Sztokholmu po odbiór nagrody Maria prowadzi, karmiąc piersią niemowlę – urodzoną w 1904 drugą córkę, Ewę (ostatecznie odczyt z okazji otrzymania Nagrody Nobla małżeństwo Curie wygłosiło dopiero podczas podróży w 1905 roku, jako że wcześniej byli zbyt zajęci pracą naukową, Maria była w ciąży, poza tym… oboje stronili od publicznych wystąpień). Rodzina Curie jest pokazana w filmie jako pełna miłości i ciepła, Maria jako czuła matka, Pierre jako troskliwy ojciec. Razem pracują, wspólnie wychowują córki, okazują sobie przywiązanie i szacunek. Są szczęśliwi. Nie przeszkadzają im trudne warunki do pracy laboratoryjnej, badania nad wyizolowaniem radu prowadzą w drewnianej szopie z przeciekającym dachem. Wspólnie podejmują pierwsze próby zastosowania promieniotwórczych pierwiastków do leczenia nowotworów.
Niestety, rodzinne szczęście nie trwa długo i w jednej chwili życie Marii ulega zmianie… Pomimo nieszczęścia, które ją spotkało, Maria nie poddaje się. Decyduje się zostać we Francji, by umożliwić córkom lepszy start w przyszłość. Dba o edukację dziewczynek – niezadowolona z systemu szkolnictwa, opartego na zapamiętywaniu teorii, uczy je empirycznego zdobywania wiedzy, czuwa nad ich wszechstronnym rozwojem intelektualnym i fizycznym. Intensywnie pracuje nad wyizolowaniem radu, łącząc pracę badawczą z wychowywaniem dwójki małych dzieci. Musi walczyć o swoje miejsce w mizoginistycznym środowisku naukowym. W 1909 roku zostaje pierwszą kobietą profesorem na Uniwersytecie w Paryżu. Marzy, by zajęcia nie były tylko teoretyczne, ale obejmowały praktykę laboratoryjną i osiąga swój cel – w późniejszych latach kieruje Instytutem Radowym, pracownią stworzoną dla niej przez Instytut Pasteura i Uniwersytet Paryski. Pomimo sukcesu – wyizolowania radu – nie zostaje przyjęta do Francuskiej Akademii Nauk, na skutek nastrojów ksenofobicznych i szowinistycznych – wytykano jej obce pochodzenie, posądzano, że ma żydowskie korzenie. Została doceniona w środowisku międzynarodowym – otrzymała drugą Nagrodę Nobla – pomimo prasowej nagonki, w której zarzucano jej niemoralne postępowanie.
Imponujący jest fakt, że w późniejszych latach obie córki Marii Curie odniosły sukces i pomagały innym: Irena otrzymała Nagrodę Nobla za odkrycie sztucznej promieniotwórczości, Ewa była pisarką, dziennikarką, pianistką, angażowała się w pracę UNICEF’u.
Czytając komentarze o filmie w Internecie, mam wrażenie, że część odbiorców zarzuca twórcom pokazanie prawdy o życiu prywatnym Marii Skłodowskiej-Curie, tak jakby życie noblistki składało się tylko z pracy naukowej. Jesteśmy przyzwyczajeni do hagiograficznego traktowania bohaterów narodowych i tworzenia banalnych laurek na ich temat. A przecież Maria Skłodowska-Curie, będąc jednym z najgenialniejszych umysłów swej epoki, mając niezależną, silną osobowość, była jednocześnie niezwykle wrażliwym człowiekiem, którym targały różne namiętności.
Mogę się zgodzić z zarzutami, że tempo filmu jest wolne, melancholijne, co może niektórym przeszkadzać. Pewnie, gdyby za kamerą stali Amerykanie, sposób narracji byłby szybszy, a przekaz mocniejszy (w stylu „Stowarzyszenia umarłych poetów” czy „Pięknego umysłu”), ale film reprezentuje kino europejskie. Mocną stroną filmu są zdjęcia, nastrojowa muzyka, piękne kostiumy, oddanie „ducha epoki” – choćby dlatego film warto obejrzeć i wyrobić sobie o nim własne zdanie.










