Gdyby zdrowy rozsądek nie spał o tej porze, z pewnością podpowiedziałby jej, że zamiast buszować w sieci powinna raczej położyć się spać, bo deprawacja snu zaburza jej ocenę sytuacji. Ale zamiast tego przez godzinę jeszcze czyta o możliwych powikłaniach alergii i jest prawie przekonana, że jej dziecko ma fikuśną odmianę celiakii i z pewnością cierpi na insulinooporność. Rano wstaje niewyspana, ale na grupie czeka ją pięćdziesiąt komentarzy dotyczących możliwej diagnozy krost u jej dziecka, a nowa książka z przepisami i proszek do prania są już w drodze.
Internet to prawdziwe dobrodziejstwo naszych czasów. A w szczególności sklepy internetowe. Nie docenia zakupów przez internet ten kto nie ma dzieci. Dramat pełnej pieluchy, gdy na zewnątrz pada gęsty śnieg, a my właśnie ubraliśmy malucha w cztery warstwy odzieży i jeden z tych zintegrowanych skafandrów mający na celu podtrzymacie ciepłoty ciała dziecka nawet w syberyjskich warunkach i zawiązaliśmy futrzaną czapkę niczym wisienkę na torcie nie wydaje się tak straszny, gdy wiemy, że te dodatkowe pół godziny, jakie spędzimy na rozbieraniu, przewijaniu i ponownym ubieraniu nie sprawią, że nie zdążymy po zakupy, nie zabraknie nam pieluch ani jedzenia, bo dowiezie nam je sklep.
Podobnie rzecz ma się z komunikacją. Szybko, wykorzystując jedynie kciuk i telefon, można sprawdzić co słychać u koleżanki z bloku obok, pogadać z ciotką na komunikatorze, wrzucić kilka zdjęć malucha, żeby Ci, którym nie udało się napisać, zobaczyli jak wspaniale się rozwija, przeczytać co nowego na grupach. Odpowiedzieć na komentarze i zabłysnąć wiedzą w temacie wychowanie dzieci.
Albo niewiedzą. Ale nie ma to większego znaczenia, bo nikt nikogo nie zmusza, żeby czytał, jeśli nie chce. Zawsze można dopisać, że to z własnego doświadczenia, albo skłamać, że lekarz tak zalecił, gdyby głupota wyszła na jaw. Dzięki tej swobodzie wypowiedzi każda kobieta może poczuć się ważną, wyjątkową częścią jakiejś społeczności, mentorem, który naprowadza inne zagubione matki na drogę właściwego macierzyństwa i przekazuje wiedzę tajemną. Często nie popartą żadnym sensownym źródłem ani kompetencjami, ale dostępną szybciej niż wizyta u specjalisty.
W ten sposób można dowiedzieć się, że płacz dziecka plus kilka krost na szyi są niezaprzeczalnymi dowodami na zagrażającą życiu lub zdrowiu alergię i insulinooporność (dwa modne ostatnio w internetowych społecznościach matek tematy). Razem ze zdalną diagnozą potwierdzoną przez samo-nakręcające się kobiety idą szybkie rozwiązania. Nie trudno się domyślić, że ich jakość jest taka sama, jak metody diagnostyczne. I gdyby nie społeczne przyzwolenie i uśpiony deprawcją snu rozsądek oczywiste byłoby, jak wielkie ryzyko niosą takie porady.
Mimo to, kobiety chętnie słuchają innych mam w sieci i chętnie się w sieci wypowiadają, mimo, że porady często nie wynikają z wiedzy, a publikowane informacje nie są logiczne, sensowne ani rozsądne. Ale są szybko, są w zasięgu ręki i dają wrażenie, że coś się zrobiło, że podjęło się jakieś kroki w celu rozwiązania potencjalnego problemu. Aktywność i posłuch na grupach w sieci daje poczucie przynależności, sprawia, że mamy czują się ważne i potrzebne.
Wlewanie zdjęć i swoich emocji do internetu pozwala Cybermatkom dostać to, czego im brakuje na co dzień. Bo mimo dzieci, partnerów, smartfonów, pięknych wnętrz i doskonałych kadrów na Instagramie, Cybermatki są bardzo samotne. I to jest przekleństwo dzisiejszych czasów.










