Mija rok od kiedy zaczęłam swój urlop. Zabawne, bo urlop kojarzy się zwykle z odpoczynkiem, a urlop macierzyński z odpoczynkiem ma niewiele wspólnego. To raczej… przygoda. Dla mnie okazała się być nie tylko macierzyńska, kiedy musiałam się zmierzyć z podwójną siłą głodnych pyszczków, brudnych pieluch i ufajdanych ubranek, ale też zawodowa, bo mieszkając tuż przy aptece, w której pracuję, tabuny żądnych informacji stałych pacjentów zmusiły mnie do bardzo intensywnych szkoleń i rozwoju zawodowego. Plac zabaw stał się miejscem spotkań z farmaceutą, a piaskownica ewoluowała do pierwszego stołu, gdzie często proszono mnie o poradę, pomoc czy rozpoznanie różnicowe. Rodzice moich małych pacjentów też nauczyli mnie wiele i uświadomili, że mimo tak łatwego dostępu do informacji i fachowego personelu, wciąż wiele osób żyje w świecie zabobonów i opiera leczenie na poradach osób zupełnie z medycyną niezwiązanych, ale za to z dużą siłą perswazji. Należących do Mamafii (czytaj również: Farmaceuta rodzic – jakie przywileje urlopowe mu przysługują?).
Mamafię tworzą wszyscy skrajni wyznawcy najnowszych trendów parentingowych, fanatycy BLW, maniacy chustonoszenia i domorośli pediatrzy.
To tacy ludzie, w szczególności matki, które nie przyjmują do wiadomości, że ktoś może mieć inne zdanie; może nie lubić puszczania Mozarta do ciężarnego brzucha, bałaganu związanego z podawaniem dziecku stałych pokarmów prosto do ręki, noszenia w chuście czy stosowania na przeziębienie jedynie własnej roboty syropu z kwiatów lipy zebranych podczas pełni księżyca. Nie mam tu na myśli osób, które normalnie podchodzą do wymienionych metod wychowawczych i trendów (sama je śledzę i stosuję), ale tych, którzy uczynili z nich swoją filozofię życiową i z pasją oraz nie znosząc sprzeciwu, narzucają ją innym jako jedyną słuszną.
I choć narzucane poglądy dotyczące rodzaju diety czy transportu dziecka są raczej nieszkodliwe, wymyślone teorie dotyczące zdrowia i diagnozy – już tak. Może nikt nie miewa takich pomysłów jak legendarne leczenie dziecka poprzez wkładanie go do pieca na trzy zdrowaśki, ale w niektórych kręgach powszechne jest stosowanie hydroksyzyny czy cetyryzyny w syropie w celu zagwarantowania sobie większego spokoju i dłuższego, lepszego snu u dziecka, notoryczne przedawkowywanie witamin, by mniej chorowało i przewlekłe podawanie leków przeciwbólowych jako profilaktykę marudzenia związanego z ząbkowaniem.
Mamafijna diagnostyka pozostawia wiele do życzenia, bo mając się za ekspertów niektóre osoby wypowiadają się na temat schorzeń dziecięcych (i proponują leczenie) w oparciu tylko o własne doświadczenia oraz dowody anegdotyczne, siejąc wśród innych wątpliwość co do opinii fachowego personelu, generując niebezpieczne sytuacje, w których ktoś mógłby rzeczywiście zastosować się do ich propozycji bez konsultacji z lekarzem, czy choćby farmaceutą… którym często jestem ja.
Ze względu na przymusowe dyżury w piaskownicy jestem łatwo dostępnym weryfikatorem różnych pomysłów. Niektórych dobrych, innych dziwnych czy po prostu niewartych zachodu, bo nieskutecznych, a czasem rzeczywiście szkodliwych. Czy mój autorytet jest silniejszy, tego nie wiem. Ale wiem, że Mamafia działa cały czas, bo wciąż pojawiają się pytania o Czarcie Ziele z zasłyszanej od kogoś recepty na wiercenie, gryzienie, złe spanie i złe zachowanie dziecka: „Żeby dziecko odciotować, wodę trzeba zagotować, Czarcie Ziele w środek wsadzić, by złym czarom wnet zaradzić”.










