Początkująca matka to z reguły osoba niezbyt pewna siebie. Po trudach ciąży i porodu wreszcie trzyma w rękach swoje pierwsze, cudowne dziecko. Z nosem lekko spłaszczonym, stożkowatą głową i opuchniętymi oczami, poza byciem najpiękniejszą istotą na ziemi, jest dla niej przede wszystkim wielką niewiadomą. Po wyjściu ze szpitala wcale nie robi się lepiej. Nawet najbardziej oczytana mama, najbardziej ufająca swoim instynktom zwątpi, gdy dziecko trzecią godzinę będzie ryczało wniebogłosy albo przez pół dnia będzie wisiało na piersi. Czy to skok rozwojowy? Kolki? Coś je boli? Może to ząbki? A może nie mam już pokarmu!?
Deprawacja snu i huragan hormonów robiące z mózgu sito nie pomagają wcale opanować stresu związanego z zadbaniem o dobrobyt pierwszego potomka. I wydawałoby się, że rycerzami na białych koniach w takiej sytuacji powinny być inne kobiety-matki, jako doświadczone, pełne chęci niesienia pomocy i solidaryzowania się w bólu. Nic bardziej mylnego. Wprawdzie wiele z nich rzeczywiście bez wahania idzie w sukurs młodej mamie, często jednak zamiast podnieść na duchu pozostawia ją z wyrzutami sumienia i jeszcze większą niepewnością.
A to dlatego, że kobiety kłamią. Jakiś wewnętrzny imperatyw każe im mówić tylko o tym, co w macierzyństwie piękne, pomijając trud, jakim jest zdobywane. Zaczyna się już na początku ciąży, gdy zewsząd słychać o tym jak wspaniały jest to stan – najpiękniejszy czas w życiu, okres rozkwitania urody i roztaczania nieodpartego uroku. Większość ciężarnych nie ma jednak tego szczęścia, aby we wtórze śpiewających ptaszków i euforii związanej rozwijającym się pod sercem małym cudem, przyjść przez wszystkie trymestry promieniejąc ciążowym urokiem i zadowoleniem.
Inną przekłamaną kwestią jest poród, o którym mówi się bardzo wybiórczo. Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś choćby słowem wspomniał o nim jako doświadczeniu wprawdzie cennym i bardzo silnie budującym, ale też traumatycznym, z którym trzeba sobie potem poradzić. Ani o tym, że miłość nie zawsze przychodzi od razu. Jak bardzo zdezorientowane są kobiety które wykończone przebytym porodem trzymają swoje pierworodne dzieci i… nie czują nic. Poza wyrzutami sumienia, że jeszcze tej miłości nie ma, a przecież wiadomo, że powinna być.
A gdy wreszcie miłość nadejdzie i pierwsza fala niepewności minie – przyjdą koleżanki. Będą pytać, porównywać i zasiewać ziarno niepokoju stresując biedną niewyspaną matkę. Ich trzymiesięczne dzieci już dawno przesypiały noce, jadły co trzy godziny i wcale nie płakały. Właściwie to tylko spały. I wykazywały niezwykle rozwinięte zdolności intelektualne, bo zamiast wydawać z siebie dziwne gulgotania i wpychać piąstki do buzi mówiły sylabami, a w ustach gościła jedynie pierś i Żyrafka Sophie. Aha, i mieszkanie było posprzątane, paznokcie zrobione a ciepły obiad na stole czekał na męża.
Na szczęście wizerunek perfekcyjnej Matki Polki, do którego nauczono nas bezrefleksyjnie dążyć powoli upada. Pojawiają się kobiety, które nie powtarzają wyidealizowanych życzeń jako prawdy ale otwarcie mówią o tych trudnych aspektach macierzyństwa. Najczęściej niestety buntowniczo pokazują tylko to co jest złe, smutne i brzydkie. W opozycji do wizerunku Matki Polki powstaje Matka Narzekająca i choć nie jest to jeszcze moja wizja rycerza na białym koniu ratującego przed popadnięciem w szaleństwo w tych pierwszych miesiącach opieki nad noworodkiem – jest to zdecydowanie krok naprzód.










