McApteka

22 czerwca 2015 10:27

McDonaldyzacja aptek to nieuchronny proces, który z przerażeniem obserwuję od kilkunastu lat. Na czym polega? Krótko mówiąc na budowaniu silnych sieci, które zysk przedkładają ponad interes pacjentów i swoich pracowników. Wykorzystywane są w nich narzędzie marketingowe doskonale znane z McDonalda.

mcapteka.png

Pacjenci przyciągani są rabatami, reklamami, programami lojalnościowymi, dermokonsultacjami i akcjami promocyjnymi. Pracownicy z kolei są nieustannie oceniani, zmuszani do wyrabiania planów sprzedażowych, nakłaniani do nadużywania recept farmaceutycznych, kontrolowani przez tajemniczych pacjentów i odpytywaniu z formułek w stylu „Dziękuję, a może jeszcze krem na zmarszczki?”. Dobro pacjenta i pracownika jest nieistotne. Najważniejszy jest obrót.

Inny 1%

W Polsce funkcjonuje kilka sieci aptecznych, które sukcesywnie powiększają liczbę podległych placówek. Największą z nich jest DOZ (Dbam O Zdrowie), należący do Polskiej Grupy Farmaceutycznej. W polskim Prawie Farmaceutycznym funkcjonuje zapis o 1%, według którego jeden właściciel nie może posiadać na danym obszarze więcej niż 1% wszystkich aptek. To oczywiście mit. Wystarczy zajrzeć na stronę DOZ-u by przekonać się, że pomarańczowych aptek w Polsce jest 1692. Przy około 14 000 tego typu placówek w naszym kraju, stanowi to około 12%. Jak to możliwe?

Po pierwsze zasada 1% nie jest egzekwowana przez Wojewódzkie Inspektoraty Farmaceutyczne. Aby otrzymać zezwolenie na prowadzenie apteki należy jedynie zadeklarować, że wypełnia się zasadę 1%. Ta deklaracja nie jest jednak w żaden sposób weryfikowana. Efektem tego są oczywiste kłamstwa, jakie wypisują w takich deklaracjach właściciele sieci aptecznych. WIF-y zdają się nie przejmować tym problemem i nawet w sytuacjach, gdy łamanie zasady 1% jest bardziej niż oczywiste (przy otwieraniu kolejnej apteki sieciowej) bez skrupułów sięgają po kilka tysięcy złotych za wydanie pozwolenia na prowadzenie apteki. To martwe prawo. Przez ostatnie kilkanaście lat ani razu nie słyszałem o cofnięciu zezwolenia na prowadzenie apteki z powodu przekroczenia 1%.

Innym sposobem na obchodzenie zasady 1% jest coś, co specjaliści od marketingu nazywają zgrabnie „franczyzą”. Kolejny wynalazek zapożyczony od McDonalda. Chcąc otworzyć aptekę, można sporo zaoszczędzić decydując się na franczyzę – a więc przyjęcie „barw” apteki sieciowej. Tym sposobem zyskuje się silnego partnera, który zadba o promocję, wizerunek i korzystne warunki zakupowe. W zamian trzeba jedynie płacić kilkuprocentowy haracz od obrotów. Taka apteka formalnie nie jest własnością sieci, dlatego nie dochodzi do łamania zasady 1%.

Ciemna strona sieci…

Ktoś mógłby zapytać: „A co jest złego w sieciach?”. Otóż to, że sprowadzają one apteki do poziomu McDonalda. Uprawiana jest w nich chałtura, której celem jest nakręcanie sprzedaży, ogłupianie pacjentów i wyzyskiwanie pracowników. Takie apteki wypaczają kierunek rozwoju polskiej farmacji, robiąc z nas zwykłych sprzedawców, których roszczeniowi pacjenci pouczają i opluwają. Młodzi ludzie trafiający po studiach do aptek sieciowych są ogłupiani i kastrowani z jakichkolwiek ambicji przez wizję zawodu, jaką się przed nimi stawia. Chcecie przykładu?

Kilka lat temu w mojej aptece wylądował młody magister, który zaraz po studiach podjął pracę w aptece sieciowej. Wytrzymał tam tylko 6 miesięcy, a kolejne 6 miesięcy spędził na zwolnieniu chorobowym lecząc się z depresji. Już sam system pracy ocierał się o wyzysk – 24 godziny harówki i dwa dni przerwy, 24 godziny harówki i dwa dni przerwy… i tak w kółko. Do tego nieetyczne systemy motywacyjne, przyznające pracownikom nagrody za wypychanie pacjentom produktów z najwyższą marżą lub krótkim terminem ważności. Nie wspomnę już o dramatycznym stanie wiedzy młodego magistra, który po 6 miesiącach pracy w takiej aptece znał się tylko na obsłudze komputera i czytaniu recept – jego umiejętności rozmowy z pacjentem i wykorzystania posiadanej wiedzy były tragiczne. Potrafił zrealizować receptę w 20 sekund nie wypowiadając przy tym ani słowa. Na koniec szeroko się uśmiechał podając kwotę, jaką pacjent ma mu zapłacić. Szybko zyskał u nas przydomek McMagister. Gdyby kiedyś otwarto McAptekę z DriveThru z pewnością zrobiłby tam furorę. Pewnie do każdej siatki leków dorzucałby zestaw frytek i Colę.

Na szczęście po kilku miesiącach pracy u nas okazało się, że umie znacznie więcej i jest z niego całkiem niezły farmaceuta. Obecnie ma własną aptekę. Niestety franczyzową.

Jak oceniasz artykuł?

Twoja ocena: Jeszcze nie oceniłeś/aś artykułu

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych

0 komentarzy - napisz pierwszy Komentujesz jako gość [ lub zarejestruj]

Odpowiadasz:

avatar
Akceptuję regulamin dyskusji *
Komentujesz jako gość! Chcesz być informowany o nowych komentarzach w temacie? Zarejestruj się, lub jeśli już masz konto w grupie farmacja.net - .

Powiązane artykuły

S jak satyra S jak satyra

Pacjenci są rozczarowani programem 75+. Były wielkie obietnice darmowych leków, a skończyło się jak ...

Po co nam ten staż?! Po co nam ten staż?!

Czy obowiązkowy staż, który każdy student farmacji musi odbyć przed otrzymaniem Prawa Wykonywania Za...

Szczęśliwy jak gruźlik Szczęśliwy jak gruźlik

Jego kariera była krótka, lecz olśniewająca. Oto historia leku przeciwgruźliczego, który dał zrewolu...