REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
wt. 25 października 2016, 08:08

Nieoczekiwana zamian miejsc

Jakiś czas temu wybrałem się z rodziną na kilkudniowe wakacje nad Mazury. Niestety jak to z dziećmi bywa – konieczna była wizyta w aptece po leki. I tak z farmaceuty stałem się pacjentem w obcym miejscu. Przyznam, że ta nieoczekiwana zamiana miejsc była ciekawym doświadczeniem.

Wiele uwag dotyczyło zasadności wprowadzenia do sklepów leków silnie działających, takich jak leki z loperamidem czy blokery pompy protonowej.

Bycie aptekarzem ma wiele zalet. Jedną z nich jest bezproblemowy dostęp do leków. Nie mamy problemu z wrednym farmaceutą, który nie chce nam czegoś sprzedać bez recepty. Nie musimy wymyślać uzasadnień i historii, żeby dostać lek, bo nie chce nam się iść do lekarza. Po prostu – bierzemy go z półki i zażywamy. Oczywiście wszystko to robimy legalnie i odpowiedzialnie (recepta farmaceutyczna itp.). W końcu mamy wiedzę, która pozwala nam unikać wizyty u lekarza kiedy dopadnie nas infekcja bakteryjna czy grzybicza. Wystarczy wziąć odpowiedni antybiotyk i po paru dniach problem z głowy. Szkoda czasem tylko tej refundacji, które nikt nam nie odda.

REKLAMA

Do wygodnego życia bardzo łatwo się przyzwyczaić. Dlatego kiedy nagle zostaje nam odebrany jakiś przywilej, to czujemy co najmniej dyskomfort. I tak jest właśnie z farmaceutą, który staje się pacjentem. Syn zachorował mi podczas pobytu na Mazurach. Klasyka. Mokry kaszel, gorączka, osłabienie i zielona wydzielona z nosa. Normalnie wziąłbym z apteki Auglavin i mu od razu podał. Potem poszedłbym do znajomego lekarza, który wystawiłby receptę. Tyle, że wtedy byliśmy kilkaset kilometrów od domu. A raczej antybiotyków ze sobą na wakacje nie wożę (chociaż podobno niektórzy farmaceuci tak robią).

Nie pozostało zatem nic innego jak wybrać się do okolicznej apteki i „wyżebrać” lek dla dziecka. Wiedziałem, że nie będzie łatwo. W końcu gdyby do mnie przyszedł pacjent z taką prośbą, to absolutnie nie byłby w stanie mnie przekonać bym mu Auglavin wydał. Liczyłem jednak, że jako farmaceuta zostanę potraktowany inaczej…

REKLAMA
REKLAMA

To była typowa apteka w małej miejscowości. Stara architektura – linoleum na podłodze, szyby oddzielające od pacjentów. Od razu wiedziałem, że jestem w aptece farmaceuty, a nie jakiejś sieciówce. Uznałem to za dobrą monetę. Z farmaceutą zawsze łatwiej się dogadać, a i koordynator nie dyszy mu w kark sprawdzając rejestr recept farmaceutycznych. Podszedłem więc do okienka, a przy nim młoda dziewczyna. Na plakietce – technik farmacji. Ok… nie chciałem zaczynać od pouczania jej, że powinna mieć napisane technik „farmaceutyczny”, bo w końcu chciałem od niej wyłudzić antybiotyk bez recepty. Byłem też przekonany, że u młodej dziewczyny nic nie zdziałam. Poprosiłem więc o kierownika apteki. Nie było. „A może jakiś magister?” – zapytałem z nadzieją. Młoda zniknęła na zapleczu i po chwili przyszła z niewiele starszą od siebie koleżanką. Tym razem na plakietce było „magister farmacji”.

Tak więc, wyjaśniłem całą sytuację, najspokojniej jak to możliwe. Że jestem farmaceutą. Że przyjechałem z rodziną na wakacje i syn się rozchorował. Że chcę mu już coś podać, żeby nie czekać do powrotu. Że nie mamy tutaj jak umówić się do lekarza. Że to nie pierwszy raz i lekarz zawsze przepisywał Auglavin. Że doskonale wiem jak stosować… I nic. Mur. Metodą zdartej płyty młoda farmaceutka powtarzała, że nie może wydać antybiotyku bez recepty. A ja do niej, że jestem farmaceutą i wiem, że może lek wydać na receptę farmaceutyczną i sytuacja ją do tego uprawnia. A ona na to, że receptę może wystawić tylko kierownik, którego akurat nie ma – więc nie wystawi. A ja do niej, że przecież może wystawić jak wróci, a ona lek może wydać.

I w tym momencie uświadomiłem sobie jak muszą czuć się pacjenci, którzy przychodzą do mnie z takimi samymi prośbami i również im odmawiam. Z jednej strony rozumiałem farmaceutkę. Z drugiej strony… nie rozumiałem, jak może w ten sposób traktować innego farmaceutę. Na tacy podałem jej uzasadnienie wydania leku i treść recepty farmaceutycznej. A ona szła w zaparte. Poprosiłem więc o telefon do kierownika – liczyłem, że z nim coś załatwię. Młoda nie chciała mi numeru podać, ale przyniosła apteczny telefon i sama go wybrała, po czym podała mi słuchawkę. I znów zacząłem swoją opowieść. Po drugiej stronie usłyszałem męski głos. Tak na ucho – pięćdziesięciolatek. „Jasne. Proszę podać słuchawkę farmaceutce i wszystko jej wyjaśnię”.

I tak oto mogłem wrócić do rodziny z lekiem dla dzieciaka. Zastanawiam się czy z tej całej historii płynie jakiś morał? Techniczka za pierwszym stołem, farmaceutka na zapleczu, kierownik w domu – tak chyba wygląda większość polskich aptek. Dobra gadanina wystarczy, żeby dostać antybiotyk bez recepty – przecież nie mogli sprawdzić czy rzeczywiście jestem farmaceutą. Nie… morał jest inny. Na wakacje trzeba zabierać ze sobą antybiotyk 😉

REKLAMA
REKLAMA
Ikona Google News
mgr.farm na Google News Śledź najnowsze wiadomości
Dołącz do nas
REKLAMA