Magazyn mgr.farm

Proszek na dziedziczenie

9 lipca 2015 14:35

Zaczytywanie się pikantnymi historiami o dawnych trucicielach, uroczych damach w stylu Lukrecji Borgii i okutanych szarością mnichach to etap życia przez który przechodził chyba każdy przyszły adept farmacji. Jest coś niezwykle mrocznego w fakcie, że butelka ciemnego eliksiru czy gotowany cichaczem ziołowy wywar mają moc decydującą o śmierci i życiu, zdrowiu i chorobie.

article-1371991-07f79009000005dc-918_468x312.jpg

Każdy, kto przeczytał choć kilka broszur o najsłynniejszych truciznach, doskonale wie, jaką rolę w tej niechlubnej historii świata odegrał arszenik. Znana już od drugiego wieku przed naszą erą substancja, w niewielkiej dawce (120-200mg) była śmiercionośną bronią w rękach tych, którzy odważyli się jej użyć. Wielcy tego świata bali się arszeniku, ponieważ był bezwonny, bez smaku i z łatwością mógł zostać dodany do codziennej strawy. Objawami zatrucia arszenikiem są biegunka, bóle głowy, nudności, wymioty oraz utrata przytomności. Do śmierci dochodzi zwykle w przebiegu wstrząsu ogólnoustrojowego. Przy odpowiedniej dawce zażycie i zgon dzieli zwykle kilku godzin. Łowcy spadków stosowali jednak i bardziej wyrafinowane metody. Przewlekłe podtruwanie arszenikiem w mniejszych dawkach prowadzi do zmian skórnych, bólów brzucha i mięśni, wypadania włosów, a także do charakterystycznego dla zatrucia arszenikiem objawu – prążkowania paznokci i ich wypadania, są to tzw. pasma Meesa. Na efekty tych działań trzeba było poczekać dłużej, ale za to szanse wykrycia chciwego krewnego malały.

Arszenik miał też jednak pożyteczne zastosowania. Niewiele osób wie, że kobiety starożytności stosowały ten związek jako depilator do usuwania zbędnych włosów. Na przełomie XVII i XVIII wieku używano arszeniku jako płynu w leczeniu chorób skóry (płyn Fowlera – 1% roztwór arszeniku i węglanu potasu).

Prawdziwy krok w stronę farmacji uczynił jednak arszenik dopiero w XX wieku.
W 1971 roku Chiny pełne były znachorów, którzy obiecywali leczenie tańsze i skuteczniejsze od ówczesnej chińskiej służby zdrowia. Nic dziwnego więc, że pacjenci, którym medycyna konwencjonalna nie pozostawiała złudzeń, trafiali pod skrzydła różnej maści naciągaczy i pseudomedyków. Są miejsca, w których nikt nie spodziewa się spektakularnych sukcesów. Do chwilowego zwycięstwa nad białaczką doszło jednak w odległej, chińskiej chatce. Pewien zielarz z Lindan, wiosce położonej 200 km od Harbinu dokonał tego za pomocą sobie tylko znanej mikstury.

Jak wydobyć informacje od znachora, będąc zwyczajnym lekarzem w białym kitlu, przedstawicielem kasty znienawidzonej i konkurencyjnej? Najprościej przybyć do znachora w przebraniu chorego pacjenta. Tak też postąpił dr Zhang. Dobrzy ludzie z okolic Lindan, słysząc o jego białaczce, bez zastanowienia skierowali go do tutejszego medyka. Dr Zhang, rozpoznając w miejscowym dawnego znajomego, poznał skład leczniczej mikstury. Był to roztwór arszeniku, tlenek rtęci oraz wyciąg ze skóry żaby (kto wie, może dołożony dla smaku?).

Dr Zhang wzbudził nie lada sensację przedstawiając na konferencji w Szanghaju w 1988 wyniki badań poczynionych z użyciem arszeniku. Posiadał bowiem dane na cofnięcie się objawów choroby u 1250 pacjentów! Mówienie o wyleczeniu było przedwczesne, ale efekty robiły wrażenie nawet na szacownym gronie hematologów.

Pod szczególnym wrażeniem był dr R. Warell jr, ekspert i wpływowa postać na ówczesnym rynku farmaceutycznym. Po zbadaniu ampułek Zhanga, sformułował on własną wariację na temat leku, będącą ni mniej ni więcej, tylko identycznym roztworem arszeniku. Jako bieglejszy w meandrach rynku, szybko uzyskał patent i zarejestrował lek pod nazwą Trisenox. Fiolka roztworu znanej od dawna substancji kosztowała już 400 dolarów, a koszt całej terapii blisko 50 tysięcy. Preparat uzyskał status leku sierocego. Wkrótce potem Warell sprzedał swoją firmę PolRx kompanii Cell Therapeutics (za 15 milionów), którą kupiła firma Cephalon (za 70 mln), a tę kupił znany wszystkim branżowy potentat – Teva za 6,8 mld dolarów. Niczego nieświadome społeczeństwo otrzymało potężny prztyczek w nos.

Historia arszeniku zatoczyła koło. Zawsze był to wszak preparat dla osób o wątpliwej kondycji moralnej. I takim pozostał.

Jak oceniasz artykuł?

Twoja ocena: Jeszcze nie oceniłeś/aś artykułu

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych

0 komentarzy - napisz pierwszy Komentujesz jako gość [ lub zarejestruj]

Odpowiadasz:

avatar
Akceptuję regulamin dyskusji *
Komentujesz jako gość! Chcesz być informowany o nowych komentarzach w temacie? Zarejestruj się, lub jeśli już masz konto w grupie farmacja.net - .

Powiązane artykuły

XXXVI dni farmacji szpitalnej XXXVI dni farmacji szpitalnej

W dniach 21-23.05.2018r. miałem przyjemność uczestniczyć w organizowanych przez Polskie Towarzystwo ...

Antyjednoprocentowcy Antyjednoprocentowcy

Powiedzmy to bardzo wyraźnie: przedstawiciele sieci aptecznych celowo, bądź to manipulują treścią za...

Leku nie ma, pacjent umiera Leku nie ma, pacjent umiera

Smutna sytuacja miała miejsce niedawno z moim udziałem. Jednego dnia wieczorem przyszedł mężczyzna p...