System ochrony zdrowia nie oczekuje profesjonalnego farmaceuty, tylko tanich leków

10 października 2016 10:11

Specjalistyczna, prawie tajemna wiedza, znajomość wszystkich leków, odczytywanie gryzmołów lekarskich (często lepiej od ich autora), rozumienie gwarowych określeń na lekarstwa i dolegliwości, szacunek społeczności lokalnej i wiele, wiele innych rzeczy, nadal kojarzy się z byciem magistrem farmacji.

apteka.png

„Jak oni was nauczyli odczytywać pismo lekarzy???” Kto z nas nie słyszał takich pytań? „Żeśmy ze śwagierką nie mogli nic sprawdzić na internecie, wienc przyszłem do pana (było blisko), bo pan się zna”. Ależ proszę uprzejmie; nie życzę chorowania, zapraszam do swojej apteki. Potem już tylko podanie kwoty do zapłaty, czasem słowa podziękowania, ale częściej foch z powodu wysokości ww. kwoty. Nazwa rozszyfrowana, magister przestał być potrzebny, można dać upust frustracji. W końcu to tylko aptekarz-krwiopijca, który żyje z krzywdy ludzkiej.

Tak więc nasza umiejętność kojarzenia faktów, porównywania przepisanych leków, a w następstwie rozszyfrowania gryzmołów, w ułamku sekundy przestaje mieć znaczenie. Za to znaczenie ma kwota do zapłaty. W oczach pacjentoklienta farmaceuta jest zbędnym dodatkiem do jego leków. Przeszkadza w ich otrzymaniu, bo chce recepty, której czasem nie chce (sic!) zrealizować. Powinien wykonać polecenie lekarza i nie dyskutować, ani z nim (to temat na oddzielny felieton), ani z pacjentem.

Tu dygresja, anegdota z czasów pracy krótko po studiach. Pewien lekarz strasznie gryzmolił. Pacjent przyniósł od niego receptę, z której nie można było odczytać, czy Pyrantelum ma być w tabletkach, czy w zawiesinie. Pierwszy (i ostatni) raz w życiu zapytałem: „ten lek jest dla pana?” Reakcja była bolesna, ale i wiele mnie nauczyła: „a co to pana obchodzi?!”

Od tej chwili pytam: czy lek miał być dla dziecka, czy dorosłego?

W każdym razie pacjenci nie oczekują naszej wiedzy, choć my wiemy, że powinno być inaczej. Oni nas postrzegają jako tych, którzy blokują. Na dodatek publiczna „służba zdrowia” (wolę określenie: ochrona) jest bezpłatna. Stąd łatwy ciąg myślowy, że „leki, panie dzieju, też powinny być za darmo!” W konsekwencji mamy dalsze skojarzenia: dzięki chorobom ludzi aptekarze kupują sobie luksusowe samochody, panie magister zawsze chodzą zadbane i pięknie (bo drogo) ubrane, jeżdżą na wakacje za granicę, itp. Już kiedyś pisałem o swej irytacji takim nas postrzeganiem. Mamy chodzić w worach pokutnych i się samobiczować, bo systemem ochrony zdrowia, w tym farmacją, zarządzają lekarze, którzy nie ogarniają tematu? Czy to nasza wina, że system refundacji leków jest skomplikowany do cna, a przeciętny pacjent nie może go zrozumieć, nawet jeśli o to pyta?

W żadnej branży nie da się zbudować wysokiej jakości, gdy zarabia się grosze. Skandalem jest dla mnie uwłaczająca logice „marża” (poprawnie: narzut) 50 groszy na carvedilolu 6,25 mg, przy zapłacie po zniżce około 6 PLN. Jeszcze większym skandalem jest, że w aptece trzeba sprzedawać reklamowane „cuda na kiju”, aby zarobić na kupno ww. carvedilolu. W świetle powyższego aberracją wydają się słowa wiceministra zdrowia, który pozornie całkiem logicznie twierdzi, że w aptekach nie powinno być parafarmaceutyków. OK, jestem za, tylko z czego mam utrzymać aptekę, z 50-groszowej marży? Hurtownia często ma marżę większą od aptecznej, przy zerowej odpowiedzialności fachowej (materialną mają wszystkie szczeble obrotu).

Co więcej, docierają do mnie wypowiedzi przedstawicieli zarówno hurtowni, jak i niektórych właścicieli aptek, którzy najzupełniej poważnie wygłaszają następujące zdania. „Nie można dopuścić do wyeliminowania reeksportu, bo przecież nie mielibyśmy z czego dostawać rabatów, obniżać cen w celu walki z konkurentami oraz mieć z czego zapłacić podatki. Przecież z urzędowej marży na lekach refundowanych się nie dorobimy!”.

Oni nawet nie czują, że stali się niewolnikami patologii, za którą winę ponosi państwo. Czasami opowiadam, że gdyby naszą branżę porównać do motoryzacyjnej, mielibyśmy następujący mechanizm. Nowe auta z salonu są drogie, więc tworzymy firmę kradnącą je stamtąd, a następnie sprzedającą na rynku wtórnym. Trzy strony są zadowolone: właściciel złodziejskiej firmy, nabywca samochodu oraz urząd skarbowy. Tylko właściciel salonu (ten krwiopijca z dobrym autem, pięknie ubraną żoną, mieszkający w nowoczesnym domu i jeżdżący na wakacje za granicę) kręci nosem i coś tam mamrocze o etyce prowadzenia biznesu oraz dumpingu.

Pamiętam ubiegłoroczną radiową wypowiedź mego „ulubionego” ówczesnego wiceministra zdrowia. Aż było słychać radość w jego głosie, gdy wspomniał o podatkach (wiemy, że hipotetycznych) płaconych przez reeksporterów. Nie ja jeden zwróciłem uwagę na ten fragment wypowiedzi.

Dziś wiemy, że reeksport przeniósł się np. do NZOZ-ów, które są niemożliwe do skontrolowania przez Inspekcję Farmaceutyczną, a wojewodowie ani nie potrafią, ani nie mają ochoty lub możliwości sprawdzania. Furtka? Nie, szeroki kanał, który powstał dzięki niekompetencji organów państwowych. Niedawno szeroko opisywał to „Dziennik Gazeta Prawna”.

Jako farmaceuci jesteśmy kością w gardle niefarmaceutów pasożytujących na farmacji. Próbują nas marginalizować lub eliminować. Sposoby są różne. „Każdy ma prawo prowadzić dowolny biznes. Handel lekami to najzwyklejsza sprzedaż towaru. Dlaczego obrót lekiem miałby być w ręku tylko farmaceutów (a w czyich niby miałby być, handlarzy samochodami???)? Suplementy i kosmetyki wyrzućmy z aptek, aby farmaceuci zajęli się tylko lekami (przy głodowej marży wykończą się jeszcze szybciej). Biznesmeni przecież lepiej poprowadzą (???) apteki, niż farmaceuci”, itd., itp.

Powraca pytanie, czy system ochrony zdrowia potrzebuje biznesmenów, spółeczek lub funduszy kapitałowych, którzy z niepohamowaną żądzą zysku będą wysysać pieniądze z kieszeni płatnika czyli nas wszystkich? Czy celem istnienia systemu jest zapewnienie chorym m.in. równego w każdej aptece dostępu do leku, czy raczej stworzenie agresywnych firm dojących ten system? Unikanie płacenia podatków lub ich śladowa wysokość są już tajemnicą poliszynela, a niewygodne pytania w tej sprawie, coraz częściej zadawane przez parlamentarzystów, świadczą o narastającym poirytowaniu władz. Nic się nie dzieje bez przyczyny, a pytań będzie więcej.

Jako farmaceuci jesteśmy pomiędzy młotem, a kowadłem. Nie chodzi mi o pacjentów, którzy obrażają się na nas za to, że (tu paradoks) jak za każdy towar i usługę na świecie muszą zapłacić za leki (ale za informacje już nie). Chodzi mi o naszą rolę niezbędnego pośrednika pomiędzy lekarzem, a pacjentem. Pośrednika stojącego na straży bezpieczeństwa bezrefleksyjnych chorych, którzy woleliby wszystkie leki za darmo, bez recepty i zapewne w sklepie oraz na stacji benzynowej.

Sygnały z resortu zdrowia bywają sprzeczne lub niejednoznaczne. Wyprowadzenie suplementów z aptek nie wzmocni ich kondycji finansowej. Wzmocni siłę sklepów i zwiększy częstotliwość występowania skutków ubocznych w organizmach chorych.

Jeśli paraleki nadal będą agresywnie reklamowane, pacjenci skierują się wtedy właśnie do sklepów. Jeśli suplement leczy, dlaczego MZ akceptuje „leki” bez atestów? Jednak jeśli suplementy nie leczą, czemu nie słyszę wypowiedzi ministerialnych zabraniających lekarzom ich przepisywania? Jest to tym bardziej istotne w kontekście zapowiedzi odchodzenia od treści zawartych w ChPL, na rzecz najnowszych osiągnięć medycyny.

Oj, wydaje mi się, że bulwersujące nas wypowiedzi z MZ powinniśmy mocno odfiltrować i poczekać na rozwój wydarzeń. To właśnie resort zdrowia powinien się w końcu określić, czy apteki mają być sklepami, a ochrona zdrowia „biznesem jak każdy inny”, czy jednak w trosce o chorych farmacja będzie jej niezbędnym elementem pod ścisłym nadzorem struktur państwa? Czy na rynku muszą być obecne sieci, w tym te ordynarnie łamiące prawo, np. o przekraczaniu 1 % lub unikające płacenia podatków? Komu w rządzie jest potrzebna taka kosztotwórcza i lekceważąca prawo patologia? Przecież łatwiej utrzymać w ryzach rozdrobniony, a nie usieciowiony rynek apteczny.

Jeśli dla obecnych rządzących farmacja to „zwykły handel”, ci politycy okazaliby się bliźniakami ich żenujących poprzedników sprzed choćby półtora roku.

Dodatkowo należałoby zlikwidować wydziały farmaceutyczne, co daję pod rozwagę wszystkim, którzy chcą nas specjalizować choćby z mechanizmów działania tetracyklin, AUC lub procesów zerowego rzędu, gdy tymczasem suweren woli gratisowe leki oraz suplementy „na głowy bolenie i…”. Jeśli „biznesmeni” definitywnie wyeliminują farmaceutów z prowadzenia aptek, profesorowie farmacji też będą niepotrzebni. Jak magistrowie chwilę wcześniej.

Jak oceniasz artykuł?

Twoja ocena: Jeszcze nie oceniłeś/aś artykułu

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych

0 komentarzy - napisz pierwszy Komentujesz jako gość [ lub zarejestruj]

Odpowiadasz:

avatar
Akceptuję regulamin dyskusji *
Komentujesz jako gość! Chcesz być informowany o nowych komentarzach w temacie? Zarejestruj się, lub jeśli już masz konto w grupie farmacja.net - .

Powiązane artykuły

Praca organiczna Praca organiczna

Skoro sami farmaceuci stawiają opiekę farmaceutyczną i obecność farmaceuty w zespole interdyscyplina...

Abordaż w spokojnej przystani Abordaż w spokojnej przystani

Przyznaję się do jednego kompleksu edukacyjnego. Matematyka. Żałuję, że nie znam jej na poziomie aka...

Fioletowy to kolor bohaterów Fioletowy to kolor bohaterów

17. listopada, jak co roku, wiele ważnych budynków, zarówno w Polsce, jak i na świecie, zostanie „ot...