Temat szczepionek w Polsce to istny kocioł, w do którego ciągle ktoś dorzuca coś nowego i nigdy nie przestaje wrzeć. Z jednej strony spór między zwolennikami i przeciwnikami szczepionek. Z drugiej strony spór farmaceutów z lekarzami o to kto może szczepionki sprzedawać a kto nie. Generalnie nie jestem konfliktowym człowiekiem. Zawsze staram się znaleźć złoty środek i kompromis. W dyskusjach nierozwiązywalnych oddaję pola bardziej zawziętym – dlatego na przykład nikt nie jest w stanie wciągnąć mnie w dyskusję na temat szkodliwości lub pożytku szczepień. Za każdym razem jeśli jestem o to pytany przez pacjentów, to odpowiadam, że swoje dzieci szczepię, jednak nikogo nie zamierzam do tego przekonywać i zmuszać. Szczególnie, że mam w rodzinie ofiary NOPu.
Nie jestem jednak w stanie oddać pola w dyskusji na temat tego kto powinien i kto może szczepionki sprzedawać. Od tego są apteki! Sprawa jest prosta – tak stanowi prawo. Żadna przychodnia ani ośrodek zdrowia nie posiada zezwolenia WIF na obrót produktami leczniczymi. Nie musi zatem spełniać tych samych warunków jakie dotyczą aptek – które takie zezwolenie posiadają. Dlaczego zatem ciągle słyszę, że ludzie kupują szczepionki na grypę u pielęgniarki lub lekarza? Mało tego – zdarzają mi się pacjenci z reklamacją, którzy twierdzą, że pielęgniarka nie chciała ich zaszczepić szczepionką kupioną w mojej aptece. Dlaczego? Bo według niej nie został zachowany zimny łańcuch i nie może brać odpowiedzialności za skutku podania pacjentowi takiej szczepionki.
Inną sprawą jest to, że przychodnie zarabiają na sprzedawaniu/ szczepieniu pacjentów. W ich interesie jest zatem „uczenie” pacjentów, że szczepionki na grypę kupuje się w przychodni. Moje pytanie jest jednak w takiej sytuacji proste – kto sprawdzi, że przychodnia dochowuje zasad zimnego łańcucha? Kto tam ma takie wykształcenie, żeby to stwierdzić? Lekarz? Pielęgniarka? Żadne z nich nie jest farmaceutą, któremu ustawowo powierzono pieczę nad każdym etapem jaki lek / szczepionka pokonuje na drodze od producenta do pacjenta.
W Wielkiej Brytanii rozwiązano ten problem w prosty sposób – tam farmaceuci szczepią pacjentów przeciwko grypie. Muszę najpierw przejść odpowiednie szkolenie. Ale szczepienie odbywa się w pokoju konsultacyjnym apteki – zaraz po tym jak farmaceuta wyjmie szczepionkę z aptecznej lodówki. Szybko, bezpiecznie i logicznie. Podobno są zakusy, żeby w ramach opieki farmaceutycznej wprowadzić takie rozwiązanie również w Polsce. Przyznam, że mam mieszane uczucia. Po pierwsze co miałbym robić z odpadami biologicznymi, które powstają podczas takiego szczepienia? Po drugie co miałbym zrobić, gdyby u pacjenta wystąpił NOP? Po trzecie nie wyobrażam sobie szczepienia małych dzieci…
U nas powinien pozostać prosty i oczywisty podział zadań. Lekarz lub pielęgniarka szczepi szczepionką kupioną w aptece. W aptece pacjent ją kupuje na receptę, dostaje w torebce termoizolacyjnej i idzie do przychodni. Proste. Tyle, że tak właśnie mówią przepisy, a to właściciele przychodni je naginają do własnych potrzeb. A teraz słyszałem, że chcą przeforsować przepisy pozwalające im leganie handlować szczepionkami w przychodniach…










