REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
pt. 7 października 2016, 08:50

Szewc bez butów chodzi

Przysłowie „Szewc bez butów chodzi” pokazuje nam, że osoba dbająca o innych, w podobnej sprawie zaniedbuje samego siebie. Gdy idziemy do fryzjera, przyglądamy się pani, której za chwilę powierzymy nasze wypielęgnowane włosy, czy aby jej fryzura odzwierciedla potencjalne umiejętności, którymi nas uraczy.

cold.png

Gdy idziemy do ortodonty patrzymy, czy specjalista, na którego się zdecydowaliśmy potwierdza swoje umiejętności własnym uśmiechem. Myślę więc, że tak samo farmaceuta, bądź co bądź kojarzony przede wszystkim z lekami, a te pokonywaniem chorób i minimalizowaniem objawów, stanowić powinien swoistą wizytówkę swojej profesji. Jak więc funkcjonować w codziennej pracy, gdy jesteśmy… przeziębieni?

REKLAMA

Wydawać by się mogło, że by nakreślić mój punkt widzenia powinienem sięgnąć po mniej prozaiczny przykład – jednak gdyby jednostka chorobowa była poważniejsza, pacjent sam wytłumaczyłby sobie, że na rezultaty trzeba czasu. Jednak gdy mamy na myśli najbardziej powszechne dolegliwości pod postacią bólu gardła, kataru czy kaszlu, powinniśmy umieć sobie z nim poradzić. Jak inaczej Pan Nowak czy Pani Kowalska stojąca z drugiej strony pierwszego stołu ma dać wiarę naszym słowom, że wydajemy jej specyfik, który według naszym zapewnień przyniesie niespodziewanie szybką poprawę i złagodzenie objawów, które występują u nas samych?

Oczywiście, wszyscy dobrze wiemy, że na efekty trzeba czasu. A skuteczność jest kwestią osobniczą. Do tego mogą dochodzić złe nawyki, nieprawidłowe przyjmowanie leku itd. Jednak gdy nasi stali bywalcy widzą nas dzień po dniu, a zamiast wyglądać lepiej, farmaceuta sprawia wrażenie zdjętego z krzyża, trudno oczekiwać, że w tej konkretnej rozmowie usłyszymy często zadawane pytanie: „A co Pan wziąłby na moim miejscu?”.

REKLAMA
REKLAMA

Na przeziębienie się nie umiera, wielu z nas szkoda zostawać w domu tych kilka dni, by „wyleżeć” chorobę, więc na przekór złemu samopoczuciu idzie do pracy. Czy jednak jest to rozsądne? Warto się nad tym zastanowić z punktu widzenia nas samych, ale i pacjentów, których w tym czasie spotykamy. Sezon jesienno-zimowy i tak obfituje w częstsze wizyty osób z podobnymi objawami w aptece, co raczej nie pomoże nam uniknąć potencjalnych czynników narażenia. My zaś – zachowując nawet wszelkie powszechnie przyjęte normy higieniczne – nie jesteśmy w stanie zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się drobnoustrojów, które wywołały u nas omawiany stan. Świadomi tego zagrożenia, tak naprawdę narażamy innych na wątpliwą przyjemność przejęcia naszych nieproszonych gości.

Co więc zrobić? Leczyć się oczywiście. Czym się da najlepiej. To dość ciekawy aspekt sam w sobie, w mojej aptece są bowiem dwa obozy rekonwalescencji – gdy dla jednych bowiem świat się kończy na lekach naturalnych, dla drugich syrop na bazie ziół jest raczej dodatkiem do szerokiej gamy autofarmakoterapii zakrojonej na szeroką skalę.

I tak źle i tak niedobrze – działając i radząc pacjentom w myśl zasady „katar leczony trwa tydzień, a nieleczony siedem dni” i przyjmując za najpewniejsze rozwiązanie przetrawiane objawów we własnym łóżku troszkę poddajemy w wątpliwość skuteczność tuzina preparatów, które każdego dnia podajemy pacjentom. Z drugiej strony pozostawanie w pracy mimo niesprzyjających okoliczności i przyjmowanie tony specyfików, mających zapewnić nam przetrwanie do końca zmiany też nie zawsze jest dobrze widziane. W końcu przyjmujemy leki, a nadal jesteśmy chorzy… Najlepiej więc zapobiegać niż leczyć, ale to już temat na oddzielny artykuł…

REKLAMA
REKLAMA
Ikona Google News
mgr.farm na Google News Śledź najnowsze wiadomości
Dołącz do nas
REKLAMA