W aptece nie było typowych szklanych okienek a sporej wielkości niskie blaty – duża powierzchnia miała być dla nas, aby zapewnić nam większą swobodę ruchu, ale pacjenci zrobili z tego inny użytek. Według nich szeroki blat był po to, aby można się było położyć i bezmyślnie spoglądać w ekran monitora (A co pani tam klika?) Rodzice chętnie sadzali na nim swoje pociechy, które robiły spustoszenie w „przykasówkach”. Gorzej, jeśli ich celem stawał się terminal kart płatniczych lub kolorowy kabelek od myszki. Starsze panie rzucały siatki z zakupami, rzadziej lądowało jedzenie kupione na wynos np. pizza w pudełku. Ale zanim to nastąpiło należało demonstracyjnie przesunąć bilownicę (tak się chyba fachowo nazywa podstawka na monety), bo przecież leży na środku i przeszkadza. W takich warunkach ciężko było mi się skupić i czułam się bardzo niekomfortowo, bo ktoś ładował się mi na przestrzeń, która była mi potrzebna do pracy. Zwrócić uwagę zawsze można, ale dziecko nic nie zrozumie, rodzic nie widzi problemu, a starsze panie uważały, że torba z zakupami, w której znajduje się jedzenie na ziemi leżeć nie może (specjalna półka na zakupy znajdująca się pod okienkiem to zdecydowanie za mało)„Frontem do pacjenta, frontem do pacjenta” powtarzałam sobie w myślach wspominając z łezką w oku czasy szybek i typowych okienek.
Staram się pomagać pacjentom jak mogę, ale są momenty, kiedy górę bierze mój egoizm, a tyczy się to przede wszystkim mojego zdrowia. Jeśli pytam matkę pacjenta: „Jaki kaszel ma dziecko?”, a matka bierze swoją pociechę (na oko 3-4 lata), stawia na blacie i mówi „Syneczku zakaszlaj tutaj pani, bo pani chce usłyszeć jaki masz kaszel”, po czym w moim kierunku zostaje wystrzelona chmura drobnoustrojów, to mam gdzieś „frontem do pacjenta” i budzi się we mnie instynkt mordercy. A co by było gdyby zamiast tego dziecka był pacjent z gruźlicą?! Niestety, ale drogą kropelkową przenoszą się różne drobnoustroje, podobnie jak przez bezpośredni kontakt z niektórymi wydzielinami. Na pewno każdy zna przynajmniej jednego pacjenta, który dużo mówi, plując przy tym na wszystkie strony – nie ruszało mnie to za bardzo, aż do czasu rozmowy z pewnym pacjentem, kiedy to dostałam śliną…prosto w oko (średnio przyjemne uczucie) Też mam jedno zdrowie, które jest tak samo ważne jak zdrowie pacjentów. Za każdym razem, kiedy złapię tzw. „grypę żołądkową” i czule obejmuję muszlę klozetową zastawiam się doszłoby do tego gdyby w aptece była szyba. A co ma powiedzieć koleżanka po fachu, która w jednym sezonie jesienno-zimowym potrafi załapać się na kilka „jelitówek” trwających po kilka dni? Łatwo policzyć 4 „jelitówki” x 3 dni = 12 dni zwolnienia, a jak lekarz ma fantazję to nawet i dłużej. Jakby na to nie patrzeć szyba to jednak pewna bariera tylko pytanie na ile jest skuteczna?
Być może jestem z innej epoki, ale uważam, że szyby w aptece powinny jednak być. Jedni nazwą to egoizmem, inni pragmatyzmem. Na dzień dzisiejszy nie jest nam niezbędny bezpośredni kontakt z pacjentem (taki jak ma pacjent z lekarzem), bo nie przeprowadzamy badań przedmiotowych, a jedynie wywiad chorobowy. To wszystko można zrobić „przez szybkę”, bez konieczności wystawiania się na działanie różnego rodzaju drobnoustrojów czy czasami wątpliwej jakości zapachów. Niestety, ale pracuję w aptece bez tego typu barier, więc mogę jedynie zazdrościć tym, którzy pracują w pewnej izolacji 😉










