Badania nad tym, co siedzi w głębi kartonu są żmudne i czasochłonne i w gruncie rzeczy przypominają walkę z wiatrakami. Na miejsce jednego opakowania cudownego środka odchudzającego, któremu udowodni się kompletną bezużyteczność, wyrośnie las nowych, schodzących najczęściej z tej samej linii produkcyjnej, ale o odmienionej szacie graficznej.
W amerykańskiej krainie obfitości suplementów podjęto jednak taki wysiłek. Na pierwszy ogień poszły preparaty z deklarowaną przez producentów zawartością wyciągów ziołowych (najchętniej używanymi surowcami roślinnymi był czosnek, korzeń żeń-szenia, miłorząb japoński oraz dziurawiec). Wybraną metodą była analiza DNA preparatu, która miała rozstrzygnąć, jaką ilość wyciągu (jeśli w ogóle) zawiera każdy suplement. Wyniki okazały się miażdżące dla producentów i sprzedawców- ponad jedna piąta (21%) kilkakrotnie sprawdzonych produktów nie zawierała nawet śladowych ilości roślin, które widniały na etykietach jako składniki suplementów. W miejsce zadeklarowanych roślin i ziół producenci dosypywali np. mączki kukurydzianej i ryżowej.
Tabletki z żeń-szeniem, reklamowane jako najskuteczniej poprawiające sprawność fizyczną i intelektualną organizmu okazały się niczym więcej, niż sproszkowanym czosnkiem i ryżem. Inne, których supermocą miało być polepszanie pamięci, bazowały na sproszkowanej rzodkiewce i pszenicy (mimo deklarowanej na etykiecie bezglutenowości).
Witamy w warzywniaku. Król jest nagi.
W obliczu tych faktów do akcji wkroczyła prokuratura stanu Nowy Jork w osobie prokuratora generalnego Erica T. Schneidermana, który wystosował list do czterech dużych sieci handlowych (GNC, Walgreens, Walmart i Target). Pismo zawierało żądanie wycofania z obrotu ziołowych suplementów diety, których skład jest niezgodny z informacjami na etykietach tych produktów. Produkty fałszowane w ten sposób zagrażały bezpieczeństwu zdrowotnemu, ze względu na ryzyko wystąpienia alergii u osób, które nieświadomie przyjmowały składniki pełniące funkcje wypełniaczy.
Handlowcy nie ustępują jednak tak łatwo. Na pierwszy ogień poszło podważenie metody wykonywania badań- analiza DNA jest według nich nieadekwatnym sposobem sprawdzania zawartości substancji w produkcie i może prowadzić do krzywdzących zakłamań. Z ust obrońców suplementów płyną w kontekście śledztwa Schneidermana słowa, jak „lekkomyślne”, „niekompetentne” czy „nastawione na zmasowane polowanie”.
Rozstrzygnięcie kwestii tego, kto ma rację faktyczną i kto ma rację prawną, zajmie zapewne sporo czasu. Do tego momentu niejeden Amerykanin zje kolejne opakowanie cudownych tabletek z marketu za rogiem, które mają odmienić jego powolne, kanapowe życie w zaskakujący film akcji. Mówią, że za naiwność się płaci. Oby walutą tej transakcji okazały się tylko stracone dolary.










