Dopóki prezydent nie podpisze konkretnej nowelizacji i na rynku nie zajdą realne zmiany, dopóty samorząd nie ma się czym chwalić. Bo co z tego że „coś” się dzieje? Co z tego, że sieci trzęsą portkami, posłowie stają po stronie indywidualnych aptekarzy i projekt „apteki dla aptekarza” jest bardziej realny niż do tej pory, skoro u nas na dole nic się nie zmienia. Wojna trwa i twa mać – cytując jednego z byłych premierów. Nieważne ile się mówi o aptekarzach i jakie dyskusje toczą się w mediach – my tu walczymy o przetrwanie.
Właściwie to jest nawet gorzej. Zapowiedź zmian wprowadziła nerwowość na rynku, która udziela się wszystkim. Sieci zaczynają robić nerwowe ruchy i jeszcze bardziej infiltrują rynek. Rok temu otwarła mi się pod nosem apteka sieciowa. Teraz dochodzą mnie słuchy, że ma pojawić się kolejna. Wszystko po to, żeby zdążyć przed ewentualnymi zmianami w przepisach. Wszystko wskazuje zatem na krwawą jatkę, której po prostu mogę nie przetrwać. A domyślam się, że wyjątkiem na mapie Polski nie jestem.
Jeśli takie rzeczy dzieją się wszędzie, to po wejściu w życie nowych przepisów może się okazać, że masowo upadają apteki indywidualne. Nowopowstałe apteki sieciowe będą musiały przecież zrobić sobie miejsce na rynku. A najłatwiej to zrobić doprowadzając do ruiny indywidualnego aptekarza. Takiego jak ja. Już to widzę, jak po otwarciu drugiej sieciówki w promieniu 100 metrów, zaczynają one ze sobą walczyć. Jedna będzie chciała utrzymać pozycję lidera, którą odebrała w zeszłym roku mi. Druga będzie chciała zagarnąć część pacjentów dla siebie i stać się tą „najtańszą”. A gdzie w tym wszystkim ja? Ano będę obserwował jak z tygodnia na tydzień przychodzi do mnie coraz mniej ludzi. Będę musiał stopniowo zwalniać pracowników, zmniejszać koszty. Pewnie na koniec zostanę w aptece sam z jakimś technikiem, skrócę godziny pracy i będę dogorywał. Aż w końcu będę musiał wziąć kredyt, żeby zapłacić a utylizację leków, których nie sprzedałem.
Żeby było jasne – uważam, że proponowane zmiany, o których mówi się w mediach są dobre. Ale jeśli te debaty o nich potrwają jeszcze miesiąc albo dwa miesiące dłużej, to tacy aptekarze jak ja sobie nie poradzą. Zostaniemy rozniesieni, a na nowe apteki nas nie będzie stać – nawet jeśli przepisy będą umożliwiały otwieranie ich tylko farmaceutom.
Zmiany muszą wejść szybko. Najlepiej w ciągu miesiąca. Oczywiście przedstawicielom sieci aptecznych zależy na tym, żeby nie weszły wcale, albo chociaż żeby weszły jak najpóźniej. I do tego będą dążyć. Będą rzucać kłody pod nogi, rzucać oszczerstwami i przekupywać swoich pracowników, żeby skłócali nas farmaceutów. Wszystkie chwyty dozwolone.










