Zbyt abstrakcyjne? Przenieśmy więc te mgliste teorie na dobrze znany grunt. Kot Schrὅdingera to odpowiednik Bioparoxu. Leku, który jednocześnie działa i nie działa.
Bioparox to antybiotyk, a to przecież brzmi dumnie. Został wyizolowany z grzybni Fusarium w 1958 roku. Niestety jego silne działanie toksyczne, nie pozwala na zastosowanie specyfiku w sposób ogólnoustrojowy. Na co w takim razie wpada producent? Fusofunginę można przecież zastosować miejscowo. Gdzie ? Wszędzie tam, gdzie toczą się najzacieklejsze bitwy na linii bakterie – siły obronne organizmu, czyli na błonach śluzowych jamy nosowej i gardła.
Sama koncepcja była więcej niż ciekawa. Antybiotyk pozbawiony działania ogólnego, bez istotnych interakcji z innymi lekami przyjmowanymi przez pacjenta wydawał się kuszącym rozwiązaniem. Nic dziwnego, że polscy pacjenci pokochali go więc miłością szczerą i bezinteresowną.
Całe zastępy chorych na nawracające anginy lub schorzenia anginopodobne zgodnie twierdziły ( a nawet dalej twierdzą), że równie skutecznego leku na ich dolegliwości nie ma, nie było i długo pewnie jeszcze nie będzie. Gdy zawiodły doustne antybiotyki, gdy infekcja przedłużała się i nic nie dawało ukojenia, pojawiał się Bioparox w pomarańczowej pelerynie, by stawić czoła upartym patogenom.
Fusofungina stosowana miejscowo została jednak zmieciona w pył przez obiektywne dowody naukowe. Nie wprowadzono jej do lecznictwa w Stanach Zjednoczonych, szybko wycofano w Wielkiej Brytanii, a nawet w kraju ojczystym- Francji. Analiza badawcza pokazała, że skuteczność leku porównywalna jest z działaniem placebo, z tym zastrzeżeniem, że placebo rzadziej wywołuje działania niepożądane w postaci podrażnień błony śluzowej lub nagłego skurczu oskrzeli.
Powstał jednak problem – jak pogodzić papierową nieskuteczność z zalewem ustnych podań o skuteczności in vivo, przenoszonych przez pacjentów, ale także przez personel medyczny. Tak naprawdę problem nie został rozwiązany do dzisiaj – jedni widzą w Bioparoxie tylko spryt marketingowy firmy Servier, dla innych lek ten pozostanie ofiarą spisku i medialnej nagonki.
Niezbitą prawdą pozostawała jednak jedna zaleta fusofunginy – ograniczenie zalecania antybiotyków systemowych w leczeniu wirusowych zakażeń górnych dróg oddechowych, które przecież stanowią większość infekcji nosogardła. Mieliśmy zatem fajne placebo i ciach! skończyło się. Od roku 2009 nie mamy.
Warto wspomnieć o jeszcze jednej ciekawostce. We Francji, czyli swojej ojczyźnie, fusofungina w sprayu nosiła inną nazwę-Locabiotal. Po wycofaniu substancji z obrotu Locabiotal wrócił na rynek w nowej odsłonie, tym razem jako spray na bazie olejku miętowego. Nie tylko nasi rodzimi producenci znają takie genialne rozwiązania.










