Jak mówi Robert Gocał, prezes Kieleckiej Okręgowej Izby Aptekarskiej, teoretycznie rynek farmaceutyczny jest nasycony, więc pacjentom nie potrzeba więcej takich punktów. Nieco inaczej sprawa wygląda w praktyce.
– Można na to patrzeć z dwóch stron. Rynek można uznać równie dobrze za przesycony, jak i nienasycony. Wszystko dlatego, że nie mamy dywersyfikacji aptek. Dużo z nich jest skupionych wokół centrów miast i miasteczek, a brakuje ich chociażby na peryferiach czy w małych miejscowościach. Wiąże się to jednak z opłacalnością prowadzenia ich w tych lokalizacjach oraz faktem, że w miastach „sieciówki” prowadzą inną politykę, bardziej atrakcyjną dla pacjentów. Ogólnie wydaje się jednak, że placówek jest na tyle dużo, by były w stanie zaspokoić potrzeby społeczeństwa. Co więcej, kolejne apteki sieciowe powstają w miejscach, gdzie nawet na logikę nie ma już dla nich racji bytu – ocenia Gocał.
Wydawać by się mogło, że coraz większe udziały „sieciówek” w rynku są wyłącznie bolączką małych aptekarzy, a dla pacjentów stanowią tylko korzyść wynikającą z atrakcyjnych cen. – To tylko pozory – ostrzega Robert Gocał. – Rywalizacja i konkurencja cenowa, którą obserwujemy teraz generuje koszty, które przecież trzeba będzie w końcu odrobić. Według mnie, jeżeli nie zatrzymamy trendu dążącego do monopolizacji rynku, to w sprzedaży leków dojdzie do sytuacji podobnej do tej, która miała miejsce w przypadku towarzystw ubezpieczeniowych. Kiedy małe apteki poupadają i pozostanie trzech-czterech największych graczy, to w końcu zasiądą do rozmów i ustalą, że nie muszą już z nikim walczyć – mówi Gocał.
Właśnie takiemu scenariuszowi mają zapobiec kolejne zmiany w prawie farmaceutycznym, które planuje wprowadzić rządząca ekipa. Ich projekt zakłada między innymi powrót aptek w ręce farmaceutów i wprowadzenie wskaźników demograficznych warunkujących możliwość uruchomienia kolejnej placówki.
Źródło: Radio eM










