– Parę miesięcy temu, o ile dobrze pamiętam, bo wszyscy o takich sprawach zapominają, przez Polskę przetoczyła się debata na temat limitów dla aptek – pisze Piotr Wielgucki na łamach Frondy. – Nowy projekt ostatecznie przegłosowanej ustawy wprowadzał do Polski PRL. Takie i jeszcze większe brednie sypały się zewsząd.
Autor przypomina, że punktem zapalnym były dwa przepisy. Pierwszy mówił, że aptekę może założyć tylko aptekarz, co dla normalnego człowieka wydaje się dość naturalne, drugi zabraniał stawiania aptek co 1000 metrów.
– Cała ustawa była niemal żywcem wzięta z przepisów obowiązujących w innych krajach, które PRL-u na oczy nie widziały, ale niewiele to pomogło. Kilka miesięcy temu, mniej więcej połowa Internetu nagle poczuła nieodpartą chęć posiadania apteki, jeśli nie na własność, to przynajmniej pod własnym blokiem albo posesją. Wszystkie starte do imentu argumenty fruwały po sieci tonami i tak nagle jak się „problem” pojawił, tak nagle wziął i znikł – pisze dziennikarz.
Zauważa, że dziś o aptekach nie mówi nikt, a przede wszystkim aptekarze.
– Ceny pigułek na przeczyszczenie i proszków od bólu głowy nie poszybowały pod niebiosa. Rynek wody utlenionej i plastrów się nie załamał – pisze Wielgucki. – Zamiast tragedii w witrynach aptek tu i ówdzie pojawiły się karteczki: „Zatrudnimy magistra farmacji”, zatem i stopa wzrostu bezrobocia nie podreptała w stronę aptek.
Zdaniem autora to dowód na to, że Ustawa spełnia swoje zadanie, które „od początku było czytelne, chodziło o powstrzymanie aptekarskich „Biedronek”, czyli zablokowanie przejęcia kolejnego sektora w handlu przez obcy kapitał”.
Cały felieton można przeczytać na stronach [b][url=http://www.fronda.pl/a/matka-kurka-dla-frondy-wolne-niedziele-w-zniewolonych-aptekach,101733.html]Frondy[/url][/b].
Źródło: fronda.pl










