Jak twierdzi szef GIS, Jarosław Pinkas, w Polsce od dawna nie ma już rodzimej odry, jednak występujące teraz zachorowania to efekt przywleczenia tej choroby zza granicy przez cudzoziemców. Głównymi podejrzanymi są Ukraińcy, którzy przyjeżdżają do nas za pracą lub na studia. Obecnie jest ich w Polsce ponad 500 000. Obawa przed wybuchem epidemii odry jest uzasadniona tym, że pod wpływem ruchów antyszczepionkowców maleje wyszczepialność polskich dzieci.
Projekt zakłada, że obcokrajowiec, który ma zamiar dłużej zostać w Polsce, powinien być zaszczepiony przeciwko chorobom zakaźnym i należy go o to zapytać. Jeśli nie był, to dobrze byłoby, żeby zaszczepił się jeszcze przed przyjazdem do Polski w rodzinnym kraju lub zrobił to już na miejscu. A polski pracodawca powinien tego od niego wymagać i egzekwować. Szczególnie jest to ważne w przypadku cudzoziemców, którzy są zatrudniani do pracy z dziećmi.
Opracowywane przez rząd regulacje muszą spełniać normy unijne i być wyważone. Na etapie prace są konsultowane z rządem ukraińskim. Nie jest przewidziane, aby Polska fundowała szczepionki zagranicznym pracownikom. Zdaniem Pinkasa na taką szczepionkę jest stać każdą pracującą osobę. Ponadto nie do końca dobrym pomysłem może być wymaganie od imigrantów zaświadczeń o szczepieniach, ponieważ, jak twierdzi szef GIS, z łatwością będą je kupować na czarnym rynku.
Z pomysłem wprowadzenia takich przepisów nie zgadza się Myroslawa Keryk, prezes fundacji na rzecz Ukraińców w Polsce „Nasz wybór”. Jak mówi, na Ukrainie ruchy antyszczepionkowe to mniejszość, a większość rodziców jednak szczepi dzieci. Jest też przekonana, że ukraińscy studenci byli szczepieni w dzieciństwie. Ponadto takie obostrzenia mogą być niesprzyjające dla pracodawców, chętnie zatrudniających pracowników z Ukrainy.
Opracowanie: IK










