Kiedy przed laty prof. Krzysztof Filipiak pracował na stażu w Finlandii, zdziwiło go, że w szpitalnym obchodzie oprócz lekarza i pielęgniarki uczestniczy farmaceuta. To on decydował, który antybiotyk i w jakiej dawce zastosować u chorego. Dziś profesor jest przekonany, że włączenie farmaceuty w proces leczenia przyniosłoby korzyść zarówno chorym, jak i oszczędności w wydatkach na leki. – W krajach europejskich codziennie do apteki wchodzi 25 mln ludzi, a do lekarza 5 mln – mówi.
Zarówno pacjenci, którzy muszą odwiedzać kilku specjalistów, jak i ci, którzy leczą się sami i kupują leki bez recepty, zaczynają kurację od apteki. To tam mogliby uzyskać fachową poradę, które z kupowanych leków się np. dublują, bo choć mają inne nazwy handlowe, to substancję czynną tę samą. Bez leków nie sposób wyobrazić sobie leczenia, ale ich niewłaściwe stosowanie może zaszkodzić.
Farmaceuci mogliby wspierać lekarzy zarówno w koordynacji terapii lekami, jak i w zapobieganiu chorobom. Mogliby wykonywać proste testy przesiewowe, jak choćby pomiary glukozy we krwi czy kontrola ciśnienia. Mogliby propagować zdrowy styl życia. Mogliby sprawować opiekę farmaceutyczną nad przewlekle chorymi, np. diabetykami, którzy z wiekiem mają coraz więcej schorzeń. – Nasi studenci to potrafią, uczymy ich tego – mówi prof. Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska.
Wszystko już było na dobrej drodze. Na początku roku Narodowy Fundusz Zdrowia gotów był płacić farmaceutom stawki za porady, Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji pozytywnie zaopiniowała tę usługę. Niestety, aktualna ekipa Ministerstwa Zdrowia nie chce zwiększyć roli farmaceuty w systemie.
Źródło: wyborcza.pl










