Czy mogłaby Pani na sam początek powiedzieć kilka słów o sobie? Gdzie Pani mieszka i pracuje?
Magdalena Fast: Wychowałam się i do matury mieszkałam w niewielkim miasteczku, oddalonym o około 100 km od Wrocławia. Mam młodszego o cztery lata brata. Studia rozpoczęłam we Wrocławiu i tu niezmiennie mieszkam z rodziną. Blisko od piętnastu lat w małżeństwie, jestem szczęśliwą mamą dwójki dzieci w wieku szkolnym. Przez ostatnich osiem lat prowadziłam dużą, nowoczesną aptekę ogólnodostępną w centrum miasta jako kierownik, choć na tym stanowisku mam ponad dziesięcioletnie doświadczenie. Jestem opiekunem staży zawodowych, praktyk wakacyjnych. W ostatnich dwóch latach prowadziłam zajęcia na Wydziale Farmaceutycznym o nazwie „Administracja w aptece ogólnodostępnej”. Byłam kierownikiem sześciu kursów specjalizacyjnych w dziedzinie farmacji aptecznej.
Dlaczego zdecydowała się Pani właśnie na studiowanie farmacji?
Można użyć określenia, że wychowałam się w aptece. Jestem drugim pokoleniem farmaceutów. Wraz z rodzicami do lat dziewięćdziesiątych mieszkaliśmy w służbowym mieszkaniu nad apteką należącą wtedy do Cefarmu. To zdecydowanie wpłynęło na wybór studiów – z jedyną różnicą, że mama studiowała w Poznaniu, a ja wybrałam Wrocław.
W okresie prywatyzacji aptek mama otrzymała wypowiedzenie, zatrudniła się więc w aptece szpitalnej. Szybko jednak potem pojawiły się informacje o planach zamknięcia placówki. To był impuls dla moich rodziców, by otworzyć własną aptekę.
Rodzice stali się nagle zespołem, którego nigdy wcześniej nie planowali. Mama miała komfort skupienia się na czynnościach fachowych, asortymencie, recepturze – tata stał się działem administracji, księgowości, zakupów, logistyki i zaopatrzenia. Ja coraz więcej czasu po szkole spędzałam u mamy. Przysłuchiwałam się obsłudze. Imponowała mi wdzięczność pacjentów wobec pracy farmaceuty. Bardzo często w czasie codziennych spacerów czy zakupów ludzie spontanicznie dziękowali rodzicom za sprowadzenie leku albo deklarowali poprawę zdrowia po otrzymanych kuracjach czy poradach.
Jak i kiedy zaczęła się Pani interesować triathlonem? Proszę opowiedzieć więcej o tej dyscyplinie i dystansach.
Zanim zaczęłam, byłam wieloletnim kibicem na zawodach triathlonowych męża i brata. Połączenie pływania w wodach otwartych, wyścigu kolarskiego i biegu było dla mnie czymś spektakularnym i niedoścignionym. W tej dyscyplinie można się ścigać na dystansie krótkim, średnim i długim, który nazywa się pełnym, bo od niego zaczęła się historia zawodów człowieka z żelaza. Nie mam przeszłości sportowej. Poza narciarstwem raz do roku od końca studiów żyłam tylko pracą. Początkowo był to pomysł, by trenować dla wspólnego czasu z mężem. Emocje, jakie towarzyszyły mi w czasie jego zawodów, gdy po raz pierwszy został Ironmenem w 2018 roku, przeważyły. Bardzo chciałam się sprawdzić. Czy ja też mogę ukończyć takie zawody ? Pokonać w sumie 226 km, na co składa się 3,8 km pływania, 180 km na rowerze i 42 km maratonu?
Miałam kilka rzeczy, które mnie w tym blokowały. Po pierwsze, musiałam nauczyć się pływać kraulem, kupić rower szosowy i przyznać sobie czas dla siebie. Miałam wsparcie męża. Na pierwszy start wybrałam ¼ IM (950 m pływania, 45 km rower i 10 km biegu) i przygoda się zaczęła.

Proszę opowiedzieć o swoich sukcesach sportowych. Który z nich uważa Pani za najważniejszy, najbardziej przełomowy lub okraszony największym wysiłkiem?
W pierwszym sezonie 2019 roku poszło mi przyzwoicie, w następnym pojawiło się pierwsze zwycięstwo w lokalnych zawodach, a przełomowym stał się trzeci sezon startów. W lipcu 2021 roku zajęłam trzecie miejsce open kobiet na dystansie średnim w cyklu Garmin Triathlon, a największym sukcesem był debiut na pełnym dystansie w Gdyni. To tam pierwszy raz usłyszałam na mecie kultowe: „You are an Ironman”, a mój wynik dał mi kwalifikacje na Mistrzostwa Świata Ironmena na Hawajach. To spełnienie marzeń każdego triathlonisty, bo na ten wyścig nie można się zapisać. Jedynie czołowe wyniki w rankingu grup wiekowych zawodów serii Ironmen dają szanse na ściganie się z najlepszymi w miejscu, gdzie to wszystko się zaczęło, czyli na Hawajach. I ten wyścig był moim najtrudniejszym doświadczeniem.
Domyślam się, że przygotowanie organizmu wymaga też odpowiedniej diety. Wszystko to ogarnia Pani sama?
Dieta to bezsprzecznie czwarta dyscyplina triathlonu. Sport wytrzymałościowy wymaga utrzymywania wydolności naszego organizmu na wysokim poziomie przez wiele godzin. Wymagana jest dieta wysokowęglowodanowa, a najlepsi stosują nawet tak zwany trening jelita. W czasie tak dużego wysiłku układu mięśniowego przewód pokarmowy nie jest dobrze ukrwiony i nie ma dobrych warunków na trawienie. To może powodować niespodzianki. Dobra tolerancja żywności na wyścigu to dobra podaż potrzebnego paliwa. Podczas długiego dystansu spożycie węglowodanów wynosi od 90 do 120 g na godzinę w postaci półpłynnego żelu zawierającego dekstrozę, glukozę czy maltodekstrynę. Do tego koniecznie jest nawadnianie, wyrównujące na bieżąco gospodarkę wodno-elektrolitową.
Ja eksperymentowałam na własną rękę bardzo krótko. Zaczęłam od diety wegańskiej, jednak nie potrafiłam dostatecznie zbilansować dawki białka i kaloryczności. Zdecydowałam się na opiekę dietetyka sportów wytrzymałościowych i odzyskałam szybko siły do efektywnych jednostek treningowych. Zalecane posiłki gotowałam samodzielnie, monitorowałam regularnie morfologię, poziom żelaza, kinazy kreatynowej, witaminy D.
Przeczytałeś 25% wywiadu!
Całość dostępna w najnowszym numerze e-magazynu MGR.FARM











