Może zaczniemy od kilku słów o sobie? Skąd Pani pochodzi? Czym się aktualnie Pani zajmuje?
Pochodzę z Podkarpacia, a dokładnie z Przemyśla. Prawdopodobnie ze względu na obecną sytuację w Ukrainie nie trzeba w tym momencie nikomu tłumaczyć, w jakiej części Polski to miasto jest położone. Studia ukończyłam w Lublinie, ale zaraz po ukończeniu studiów i po półrocznym stażu wyjechałam do Krakowa, gdzie obecnie mieszkam i pracuję. Od czterech lat pracuję w aptece ogólnodostępnej w dużej sieci aptek.
Dlaczego wybrała Pani akurat farmację? Co skłoniło Panią do studiowania tego przedmiotu?
Muszę przyznać, że był to wybór mocno praktyczny. Dobrze sobie radziłam w przedmiotach ścisłych, nigdy nie miałam problemów z nauką. Środowisko medyczne było mi bliskie, więc pójście w tę stronę wydawało się wyjściem bezpiecznym i stabilnym. Zawsze ciągnęło mnie też do pracy z ludźmi, nie widziałam się w typowej pracy „za biurkiem”, gdzie mam do odhaczenia kolejne rzeczy. Zawsze chciałam też, żeby moja praca mogła wnosić coś w życie innych – decydując się na studia, właśnie tak widziałam ten zawód. Poza tym w pracy zawodowej potrzebuję interakcji z ludźmi, uwielbiam też pracę zespołową. Teraz, z perspektywy czasu, posiadając tę wiedzę, którą mam, pojawiają się w mojej głowie również inne pomysły na siebie, ale doceniam miejsce, w którym jestem, i kwalifikacje, jakie mam. Pracuję obecnie w dużej aptece z bogatym asortymentem, w dużym zespole i czuję się dobrze w tym, co robię. Uważam jednak, że wybór „na zawsze” czasami nie jest wcale na zawsze, więc ciągle pozostaję otwarta i szukam przestrzeni w życiu zawodowym, w której będę się czuła najlepiej.
Skąd i kiedy pojawiło się u Pani zainteresowanie tańcem?
Lubiłam tańczyć od dziecka, ale nigdy jakoś szczególnie tych umiejętności nie rozwijałam, tańczyłam raczej przy różnego rodzaju „okazjach”. Na studiach brałam udział w kursie tańca towarzyskiego, ale po roku go przerwałam, pochłonęły mnie inne zajęcia. Teraz, jak patrzę na to z perspektywy czasu, to widzę wyraźnie, że taniec i pragnienie tańczenia nosiłam w sobie od dawna, tylko nie dawałam sobie przestrzeni, żeby to w sobie rozwijać. Zdecydowanie więcej tańca pojawiło się w moim życiu dopiero po studiach, tańczyłam tańce swingowe (Lindy Hop, Collegiate Shag) i salsę. Lubiłam te zajęcia, jednak wciąż czułam, że to nie jest do końca to, czego szukam. Tak trafiłam na starter west coast swing – weekendowy kurs, który wprowadzał w podstawy tego tańca. Minął jeszcze kolejny rok, zanim pojawiłam się w szkole tańca na kursie stacjonarnym i tak zaczęła się moja przygoda z westem, która trwa już trzy lata.
Na czym polega west coast swing? Czy mogłaby Pani opowiedzieć o pochodzeniu tego sposobu tańca?
West coast swing w dosłownym tłumaczeniu to swing z Zachodniego Wybrzeża. Jak nazwa wskazuje, wywodzi się z tańców swingowych ze Stanów Zjednoczonych. W Polsce staje się coraz bardziej popularny, choć ja usłyszałam o nim dopiero kilka lat temu.
To, co najbardziej pociąga mnie w weście, to w zasadzie niczym nieograniczona, spontaniczna zabawa tak naprawdę do bardzo różnorodnej muzyki. Jest to taniec w parze, a szczególny nacisk w nauce tego tańca kładzie się na prowadzenie i podążanie za prowadzeniem. Kobieta, która tańczy westa, to followerka, która podąża za leaderem. W bardziej zaawansowanym tańcu możliwe jest odwrócenie ról. Choć z pozoru wygląda to tak, że mężczyzna ma w tańcu dużo większą pracę do wykonania (to on wprowadza partnerkę w kolejne patterny, nadaje kierunek), tak naprawdę odpowiedzialność leży po obu stronach. Głównym zadaniem followerki oprócz podążania za leaderem i utrzymywaniem kierunku, do którego on ją zaprosił, jest utrzymywanie tzw. punktów cennection, czyli odpowiedniego napięcia siły mięśni, aby możliwe było wzajemne wyczuwanie się i rozumienie swoich ruchów, tak aby komunikaty wymieniane między tańczącymi mogły być prawidłowo interpretowane, odczytywane i zrozumiane.
Kobieta ma zadanie poruszać się w kierunku wskazanym przez partnera, kontynuując ruch, aż partner da sygnał, aby zmieniła kierunek ruchu. Nadaje to ruchom płynność i subtelność, która tak mnie zachwyciła, gdy pierwszy raz zobaczyłam pary tańczące westa.
Tańcząc już wiele miesięcy, wiem z doświadczenia, że jeśli przykładam się do utrzymania odpowiedniego połączenia, jestem w stanie odczytać nawet bardzo subtelne komunikaty leadera, podążać w kierunku, który mi zaproponował, i zatańczyć z nim w zasadzie wszystko, nawet patterny, których jeszcze nie miałam okazji uczyć się na zajęciach. Oczywiście jeśli leader wie, co robi i dobrze nadaje komunikaty.
Choć próbowałam już wielu rodzajów tańca, nie spotkałam do tej pory takiego jego rodzaju, gdzie tak duży nacisk kładłoby się na wzajemnie słuchanie komunikatów partnera i uważność na drugą osobę. Daje to ogromne pole do improwizacji i realne wytańczenie tego, co nam w duszy gra. Czasem pozwala popłynąć w rytm spokojnej muzyki, innym razem wytańczyć emocje przy bardziej dynamicznych dźwiękach, ale za każdym razem jest to autentyczna radość z ruchu.
Mówi się, że west coast swing jest jak rozmowa dwojga partnerów. Im dłużej tańczę, tym bardziej odkrywam tę analogię. Żeby zacząć tańczyć, potrzeba kilku podstawowych kroków, a później zależy wiele od improwizacji i „słuchania” swojego partnera. Odnajduję w nim elementy, które naprawdę można przenieść na relację między dwojgiem osób. Jeśli z tą drugą osobą dobrze się rozumiem i przykładam się, aby to wzajemne zrozumienie i ustępowanie sobie miejsca utrzymać, jestem w stanie zatańczyć z nią wszystko, czyż nie tak jest też w życiu? 🙂 Poza tym tak naprawdę im więcej luzu – tym lepszy taniec.
Przeczytałeś 40% wywiadu
Całość dostępna w najnowszym numerze magazynu MGR.FARM











