W środowisku farmaceutów nie jesteś osobą anonimową, choćby przez wzgląd na swoją działalność w mediach społecznościowych i polityczne zaangażowanie. Ale kim na co dzień jest Jerzy Przystajko?
Jerzy Przystajko: Pochodzę z Opola i z przerwą na studia farmaceutyczne we Wrocławiu mieszkam w nim całe życie, czyli trzydzieści osiem lat. Z żoną wychowujemy jedenastoletniego syna. Od czterech lat jestem dyrektorem biura poselskiego Marceliny Zawiszy, więc moim głównym zajęciem jest szeroko rozumiana polityka zdrowotna mojej formacji politycznej i szerzej – koalicji lewicy. Aptekarstwem zajmuję się dodatkowo, by nie tracić kontaktu z zawodem. Nie wiem, czy mamy polski odpowiednik angielskiego sformułowania „relief pharmacist” – może „aptekarz-dyżurant”?
Zacznijmy więc może od farmacji. Skąd w ogóle wziął się u Ciebie pomysł, by studiować ten kierunek? Często taka droga zawodowa to konsekwencja posiadania w rodzinie aptekarzy. Jak było w Twoim przypadku?
J.P.: W moim przypadku to chyba wpływ mamy, która jest biochemiczką i specjalistką toksykologii. W szkole bardzo lubiłem chemię, dobrze szła mi też biologia. Farmacja to był wybór dostosowany do umiejętności. I marzeń o stabilnej przyszłości zawodowej. Oczywiście, jak większość studentów pierwszaków, marzyłem o wszystkim, tylko nie o aptece.
Jak potoczyła się Twoja kariera zawodowa po studiach?
J.P.: Marzenia pierwszaka o „wszystkim, tylko nie o aptece” skończyły się… w aptece w Opolu. Trafiłem bardzo dobrze, mój pierwszy kierownik nauczył mnie dość szybko aptecznej codzienności, ale też – swoim przykładem – etyki zawodowej. Praca w aptece bardzo mi się spodobała, było tyle do odkrywania! Zupełnie nie podzielam poglądu, że to nieciekawe „szufladziarstwo”. Potem aptek było jeszcze przez te trzynaście lat kilka, w tym dwie w roli kierownika placówki.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką?
J.P.: Miałem siedem lat. Chodziłem do szkoły muzycznej do klasy fortepianu. Potem w szkole muzycznej II stopnia przeszedłem na kontrabas. Dalej była bardziej poręczna gitara basowa, która jest moim głównym instrumentem do dziś.
Jak potoczyła się Twoja kariera muzyczna? Zdaje się, że grasz w zespole…
J.P.: Jeszcze w liceum próbowałem swoich sił w kapelach jazzowych – big bandzie szkoły muzycznej, zespole Beton Jazz i krótko żyjącym PKP Quartet. Po tym zarobkowo zacząłem grać italo pop. A jeszcze dalej był zespół Misses Modular z wrocławskiej sceny muzyki niezależnej. Ślady tej działalności są pewnie do odkopania w internecie, ale profesjonalnym muzykiem na cały etat niestety nie udało mi się zostać.
Od 2016 roku zaangażowałem się w zespół Reanimators przy opolskim stowarzyszeniu „Tony Zdrowia”. To zespół lekarzy-muzyków. Gram w nim na basie i śpiewam. Repertuar to covery wszystkiego, na co przyjdzie nam ochota. Rockowe evergreeny, country, ostatnio polskie przeboje z epoki PRL.
Posłuchać nas można na wydarzeniach charytatywnych i na festiwalach zespołów lekarskich – ostatnio w Olsztynie, ale też w podopolskim Domecku. Pandemia niestety pokrzyżowała nam plany, ale powoli wracamy do występów.
W środowisku farmaceutycznym jesteś chyba najbardziej znany ze swojego zaangażowania politycznego. Jak to się zaczęło?
J.P.: Wrażliwość na sprawy społeczne przyszła bardzo szybko wraz z pracą w aptece. Z okienka widać bardzo dużo – problemy emerytów, zmagania życiowe innych pracownic centrum handlowego, paragony grozy, gdy wydajemy nierefundowane drogie leki. Uprzywilejowane miejsce na świecie, jakim był i wciąż do pewnego stopnia nadal jest zawód farmaceuty, mnie akurat skłoniło do przemyśleń. Czy jeśli dostałem od państwa drogie studia i bezpieczny chleb, to nie powinienem działać dla wspólnego dobra?
Początek mojej aptecznej kariery to była Polska ze śmieciowym rynkiem pracy, biedą osób starszych czy z rozregulowanym kształceniem techników farmaceutycznych. Jeden z momentów zwrotnych dla mnie to widok CV i listu motywacyjnego, gdzie młoda techniczka farmaceutyczna oferowała dwa lata pracy za darmo, byle tylko zrobić staż. Pacjenci wydający pół emerytury na drogie leki przepisane na receptach to też widok, który woła o działanie. Tak przecież nie musi być! Ale żeby na takie rzeczy systemowo wpływać – trzeba rządzić.
W tym roku ponownie kandydujesz do Sejmu. Jak oceniasz swoje szanse? Jak chcesz przekonać do siebie wyborców?
J.P.: W tych wyborach jesteśmy programowo przewidywalni, bo pakiet rozwiązań proponowany przez lewicę nie jest niespodziewanym meteorem z kosmosu, tylko dobrze przemyślaną wizją państwa. Niestety od moich pierwszych startów wiele problemów pozostaje aktualne – nadal brakuje bezpieczeństwa lekowego, nadal mamy niedofinansowaną ochronę zdrowia i nadal mamy wysokie współpłacenie za medykamenty. Wciąż nie mamy bardziej zdecydowanych kroków w poszerzaniu kompetencji zawodów medycznych, w tym farmaceutów. Krajowa produkcja leków doczekała się nikłego wsparcia. Ważnych problemów jest wiele, ale przez cztery lata pracy w zespole politycznym lewicy wypracowaliśmy też wiele rozwiązań – leki za 5 zł, poszerzanie kompetencji zawodów medycznych i niemedycznych czy ustawowe gwarancje realnego wzrostu nakładów na ochronę zdrowia.
Szanse – wszystko się może zdarzyć, kampania wyborcza dopiero rusza. Jednego po ośmiu latach mojej działalności w polityce wyborcy mogą być pewni: „Strzał w dziesiątkę” opolskiej listy lewicy to gwarancja, że ochrona zdrowia będzie priorytetem przyszłego rządu.
W Sejmie mamy obecnie jednego farmaceutę. Jest to Paweł Rychlik. Jak oceniasz jego działalność?
J.P.: Cenię jego aktywność przy ustawie o zawodzie farmaceuty, ale poseł Rychlik jest drugą kadencję członkiem opcji rządzącej, więc różne bolączki ochrony zdrowia idą też na jego polityczne konto. Rozwiązania bezpieczeństwa lekowego w ustawie refundacyjnej? Kiepskie. Wpływ na ministra zdrowia, by wydał akty wykonawcze dotyczące szczepień w aptekach? Znów pudło. Ustawa o bezpieczeństwie żywności, która uregulowałaby dziki rynek suplementów diety i ich reklamę? Nie słyszałem o energicznej działalności posła Rychlika w tym temacie, a co ważniejsze – tej ustawy wciąż nie ma. Trudno mi też wyobrazić sobie prawicowego posła-farmaceutę, cofającego haniebną ustawę Radziwiłła, utrudniającą dostęp do antykoncepcji awaryjnej.
Myślę, że byłbym w stanie w wielu aspektach „posłować” lepiej. W Sejmie jednak jest dużo miejsca i zmieściłaby się w nim także twórcza rywalizacja kilku posłów-farmaceutów.
Przeczytałeś tylko 50% wywiadu
Całość dostępna w najnowszym numerze magazynu MGR.FARM
©MGR.FARM











