Od jak dawna współpracuje Pani z fundacją Rak’n’Roll i ilu osobom w tym czasie miała Pani możliwość pomóc?
Małgorzata Ciszewska-Korona: Z Fundacją jestem związana emocjonalnie oraz też jako wolontariusz, prawie od samego początku jej funkcjonowania. A dokładnie od 2011 roku, kiedy poznałam Magdę Prokopowicz i zaczęłam współpracować jako wolontariusz. Fundacja miała wtedy już dwa lata. Brałam w tym czasie udział w różnych projektach. Od trzech lat pracuję już jako psychoonkolog Fundacji.
Jeśli chodzi o liczbę osób, którym mogłam w tym czasie pomóc, naprawdę trudno to zliczyć. Niedawno sięgnęłam do naszych statystyk i okazało się, że łączna liczba godzin spotkań psychoonkologicznych oraz rozmów przez telefon zaufania wynosi około 648 w ciągu roku. Te statystyki nie dotyczą jednak konsultacji i rozmów telefonicznych, gdy dzwonią do mnie Boskie Matki, czyli kobiety w ciąży chorujące na raka. Nie liczę tych rozmów, a potrafią one trwać nawet po kilkadziesiąt minut. Jest to też jakaś forma spotkania z drugim człowiekiem.
Jak oceniłaby Pani zmiany, jakie zaszły w Polsce na przestrzeni tych lat, jeśli chodzi o sytuację osób chorujących na raka – szczególnie kobiet chorujących na raka piersi? Czy dostrzega Pani ewolucję świadomości społecznej na temat tej choroby?
M.C.-K.: Czasami wydaje mi się, że to faktycznie bardzo fajnie ewoluuje i jest ogromny odzew na nasze działania. Dziewczyny są świadome, badają się, wiedzą to, co najważniejsze o chorobie. Z kolei czasami mam wrażenie, że odbijamy się od ściany, kiedy kolejny raz powtarzamy to samo albo kolejne dziewczyny nie wiedzą nic o chorobie. Jest mi niezwykle trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo mam różne zdanie na ten temat. Czasami wydaje mi się, że płynie cała rzeka informacji, które docierają tam, gdzie powinny, a czasami jest zupełnie inaczej. Bo mimo tak powszechnego i łatwego dostępu do informacji, nadal jest dużo ciemnych plam oraz kobiet bojących się badać.

Taka już chyba jest rola Fundacji, mediów i moja jako psychoonkologa, by ciągle powtarzać to samo. Nie możemy powiedzieć z hurraoptymizmem, że osiągnęliśmy całkowity sukces i już tak wiele osób wie, bada się i mamy wysoką wykrywalność raka piersi… Nie jest tak różowo, jak się czasami wydaje. I po to są te wszystkie kampanie naszej Fundacji.
Ł.W.: Jak rozmawiać z osobą chorującą na raka? A w zasadzie jak z nią nie rozmawiać? Czego nie robić i czego nie mówić, by nie pogorszyć jej stanu umysłu? Czy istnieją w ogóle jakieś uniwersalne wskazówki?
M.C.-K.: Podstawową zasadą jest opieranie rozmowy na faktach. Nie opowiadamy o własnych doświadczeniach, jak na przykład: „Moja ciocia też miała raka, ale już nie żyje”. Nigdy nie wiemy, jak chory na to zareaguje. Po jednym spłynie jak po kaczce to, że ciocia farmaceuty zmarła na raka. Większość jednak pomyśli: „A jednak umrę”. Pokutuje jeszcze bardzo często takie myślenie, że rak to wyrok. To nieprawda. Rak to jest choroba, z której można się wyleczyć, a szczególnie rak piersi zdiagnozowany we wczesnym stadium rozwoju. To jest choroba przewlekła, ale można z nią żyć. Jednak jeśli choremu będziemy mówić, że ktoś z naszej rodziny umarł, to odbieramy mu w ten sposób nadzieję.
Przede wszystkim powinniśmy słuchać. Czy to jako farmaceuci, czy to jako osoby spoza kręgu przedstawicieli zawodów medycznych. Odsyłać do lekarzy, nie dawać złotych środków. Pacjenci są bardzo wyczuleni na sytuacje, kiedy ktoś mówi: „będzie dobrze”. Nigdy nie mamy takiej pewności. Lepiej powiedzieć w takiej sytuacji: „trzymam za panią kciuki”. Pamiętam, że kiedy sama chorowałam na raka, bardzo źle reagowałam na teksty w stylu: „nie wygląda pani na chorą”. Nie wyglądam, bo nie chcę wyglądać na chorą. Nie chcę być stygmatyzowana, by wszyscy dookoła wiedzieli, że choruję lub chorowałam na raka. Daję sobie świetnie z tym radę.
Cała rozmowa dostępna w najnowszym numerze magazynu MGR.FARM!











