Łukasz Waligórski: Skąd wziął się u Pani pomysł, by studiować farmację? Czy wiąże się z tym jakaś rodzinna historia, abstrakcyjna anegdota czy po prostu był to logiczny wybór?
Martyna Sabak: Myślę, że to rzeczywiście była ta ostatnia opcja – logiczny wybór. W okresie gimnazjum czy nawet przy wyborze profilu w liceum pojawiały się pytania „co dalej z życiem?”, „jakie mam marzenia?” I nie były one nacechowane łatwą odpowiedzią. Miałam wtedy ze wszystkiego raczej dobre oceny, jednocześnie nie czułam się wyjątkowo mocna w jednym przedmiocie. Na pewno nie brałam pod uwagę kierunków humanistycznych. Z matematyką radziłam sobie dobrze ale fizyka to już nie był mój temat, więc kierunki ścisłe także odpadały. W ten sposób wyłonił się profil biologiczno-chemiczny, a za tym w kolejnych latach farmacja.
Akurat tak się złożyło, że moja chrzestna i jej mąż są farmaceutami z zawodu, ale nie sądzę, by w tamtym momencie wpłynęło to na wybór tego kierunku studiów. Po prostu byłam na „biol-chemie”, potem matura z tych przedmiotów i pojawiały się pomysły, żeby iść na kierunki medyczne: lekarski czy stomatologię. Farmacja nie była moim wielkim marzeniem. To po prostu był logiczny wybór dostępny wówczas z moimi wynikami matur i towarzysząca świadomość, że po ukończeniu takiego kierunku będę mieć dobre wykształcenie, które da mi pracę i stabilne życie. Co ciekawe, gdzieś w międzyczasie marzyłam, aby zostać siatkarką i chciałam iść do szkoły siatkarskiej do Sosnowca, by podążać za tym marzeniem. Ale tutaj jednak rodzice cały czas trzymali rękę na pulsie i finalnie nie było to nawet brane pod uwagę. W tym momencie życia, cieszę się, że tak się potoczyło i jest jak jest. Widocznie tak miało być.
Ł.W.: Jak potoczyła się Pan kariera zawodowa po studiach? Nadal pracuje Pani w aptece?
M.S.: Po studiach od razu poszłam na staż. Na piątym roku studiów dostałam się też na wokalistykę jazzową, także w Lublinie, więc łączyłam ostatni rok farmacji ze studiami artystycznymi. Staż rozpoczął się, kiedy byłam już na tamtych studiach. Kiedy zrobiłam staż, od razu poszłam do pracy, natomiast od początku było to praca na pół etatu. Przez chwilkę może trochę więcej, ale zawsze zostawiałam sobie taką możliwość, aby dało się połączyć moje studiowanie z pracą.
Nie ukrywam, że na początku ta praca ciekawiła mnie i przychodziłam do apteki z dużym zainteresowaniem. Niemniej trwało to około pięciu lat. Po tym czasie zdecydowałam się spróbować już żyć bez grafiku w aptece i poszukać innych pomysłów na życie. Natomiast nie ukrywam, że zależy mi, by mieć ciągłość zawodu i cały czas kontakt z farmacją. Dlatego myślę o tym, aby gdzieś w wymiarze chociażby kilku godzin miesięcznie, na zasadzie dyżurów, tę pracę kontynuować. Ale potrzebowałam chwili, żeby odetchnąć.
Ł.W.: Przejdźmy do śpiewu. Skąd w ogóle wzięło się u Pani to zainteresowanie i pasja? Jakie najwcześniejsze wspomnienia z tym związane potrafi Pani przywołać?
M.S.: Muzyka i śpiew były obecne w moim domu zawsze. Mój tata to taki „chłopiec z gitarą”, którego od dzieciństwa kojarzę z tym instrumentem, a muzyka wypełniała każdą wolną przestrzeń. Natomiast w szkole bardziej pielęgnowałam pasje sportowe: pływanie, siatkówka. To były takie dyscypliny, które trenowałam oraz zawsze bałam udział we wszystkich zawodach sportowych różnych dziedzin w konkurencjach międzyszkolnych. Niemniej muzyka zawsze była u mnie w większym spektrum zainteresowania niż u rówieśników. Zawsze interesowały mnie programy typu „Idol” czy „X-Factor” i wszelkie propozycje muzyczne na ekranie. Pamiętam, że wtedy nigdy nie odpuszczałam takich muzycznych wydarzeń. Wtedy było to dla mnie „coś”. Wolałam to oglądać niż seriale czy filmy.
Jako dziecko należałam do scholi parafialnej oraz szkolnych zespołów. Nigdy jednak nie myślałam, żeby pójść z tym dalej. Miałam również epizod z nauką gry na gitarze. W moim otoczeniu były osoby chodzące do szkoły muzycznej, do której mi w tamtym czasie nie udało się dostać. Znajomi dużo śpiewali i czułam, że skoro nie jestem w szkole muzycznej, to nie mogę być w tym dobra. W tym kontekście uważałam, że jestem na drugim planie, czułam się wycofana. Ale niepodważalne jest to, że miałam już wtedy muzykę w sercu, jest teraz i na pewno jeszcze zawsze będzie.
Punktem zwrotnym w moim życiorysie był wspomniany wcześniej casting do Teatru ITP, na który poszłam w październiku 2012, będąc na drugim roku farmacji. To był taki pomysł „od czapy”. Poszłam, żeby po prostu czegoś spróbować. Byłam młodą dziewczyną, w nowym mieście, raczej bez znajomych, więc takie miejsce, gdzie mogłabym się zaczepić, byłoby fajnym wydarzeniem dla mnie. No i tak się stało. W tym teatrze reżyser, którym jest ksiądz Mariusz Lach, zobaczył we mnie coś więcej niż ja sama. Czułam się wtedy bardzo doceniona. Dostawałam role, które nieustannie były dla mnie dużym wyzwaniem i dawały satysfakcję. A dodam, że to był teatr muzyczny, więc było nieustannie miejsce na to, żeby śpiewać. I od tego momentu ta pasja kiełkowała. Albo nawet nie pasja, a myśl o tym, jak bardzo to kocham i że chciałabym robić tego więcej.
Ł.W.: Kiedy dotarło do Pani, że śpiew może być czymś więcej niż tylko hobby?
M.S.: Po czterech latach bycia w teatrze i słuchania pochlebnych zdań od osób z zewnątrz, nikomu nic nie mówiąc, poszłam na egzaminy na Wokalistykę Jazzową na UMCS w Lublinie. I dostałam się! To było największe wydarzenie muzyczne w moim życiu, szczególnie dlatego, że profesjonalnym okiem ludzie będący w branży przyjęli mnie do swojego świata wydając „dobrą opinię” na temat moich wykonań. Pamiętam, że było około 80 osób chętnych na ten kierunek, z czego 60 na samą specjalność wokalną. Dostała się z nas czwórka-piątka. Więc było to dla mnie ogromne wyróżnienie oraz informacja, że to już nie jest jedynie zabawa. Że może warto poświęcić na rozwój wokalny i teatralny więcej czasu, aby się szkolić, być lepszym i móc myśleć o profesjonalnych występach.
Równolegle, w tamtym okresie odbywał się festiwal teatralny przy Akademii Teatralnej Zelwerowicza w Warszawie, gdzie grałam spektakl z Teatrem ITP „Wizyta Starszej Pani” występując w głównej roli. Byłam bardzo niezadowolona ze spektaklu bezpośrednio po występie, ale w momencie ogłaszania werdyktu usłyszałam, że dostaję nagrodę dla najlepszej aktorki Ogólnopolskiego Festiwalu. To stało się dla mnie spójne z tym momentem, kiedy dostałam się na studia wokalne. Odebrałam te wydarzenia w ten sposób, że profesjonalny świat mówi do mnie „tu jest miejsce dla Ciebie, dalej się rozwijaj i zobaczymy co będzie”. Wtedy moje myśli zaczęły się kierunkować na to, żeby próbować swoich sił także w życiu artystycznym w ujęciu profesjonalnym.
Ł.W.: Proszę opowiedzieć o swoim wykształceniu muzycznym, bo przyznam, że przygotowując się do rozmowy, znalazłem informację, że uczęszczała Pani do kilku szkół.
M.S.: Mając na myśli edukację muzyczną to w pierwszej kolejności ukończyłam licencjat na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie na kierunku wokalistyka jazzowa na Wydziale Jazzu. Potem dostałam się na studia magisterskie na Akademii Muzycznej w Katowicach im. Karola Szymanowskiego, gdzie po dwóch latach uzyskałam tytuł magistra sztuki. Tak więc moje wykształcenie, jeśli chodzi o studia, brzmi profesjonalnie. Osoba, która nie jest związana ze światem sztuki, może pomyśleć, że wiem wszystko. Prawda jest taka, że zdawałam na te studia bez wcześniejszego wykształcenia muzycznego. Nieznajomość nut i muzyki od strony technicznej była we mnie blokadą w myśleniu o tym, że mogę cokolwiek osiągnąć zdobyć w tej dziedzinie. Na ogół na takie studia dostają się osoby z przygotowaniem ze szkół muzycznych, więc tym bardziej nie spodziewałam się takich wyników egzaminów.
W związku z powyższym studia na pewno bardzo dużo mnie nauczyły. Bardzo się cieszę z tego, że miałam możliwość zrobić to, czego nie miałam możliwości zrobić w młodości. Bo jak wspomniałam, starałam się wtedy dostać do szkoły muzycznej, ale niestety nie udało się. Cieszę się, że udało mi się i dzięki temu mogę teraz także pracować w szkole muzycznej i sama uczyć młodsze pokolenia oraz sama się realizować.
Ł.W.: Zdaje się, że Pani pierwszym zespołem był B6. Nazwa dziwnie znajoma… Proszę więcej o nim opowiedzieć. Podobno niedawno wydaliście płytę?
M.S.: Zespół B6 powstał w 2017 roku, kiedy byłam na drugim roku studiów. Stworzyliśmy go razem ze znajomymi ze studiów: Arkiem Borzęckim – basista, Kubą Stasikowskim – gitarzysta, Piotrkiem Karczewskim – perkusista. Ten zespół to bardzo ciekawa przygoda, niezmiernie bliska memu sercu. Nazwa B6 pochodzi oczywiście od witaminy B6. Także nasze logo nie jest przypadkowe, ponieważ jest to wzór chemiczny czy też zarys witaminy B6.
W momencie, kiedy musiała powstać nazwa zespołu, zgłaszając się na festiwal „Krótkie Spięcie” do Siedlec, szukaliśmy logicznych połączeń z czymś, co może nas reprezentować. Mój zawód farmaceutyczny, dość nieoczywisty w połączeniu z muzyką, był punktem zaczepienia. I w ten sposób powstała nazwa zespołu, która nawiązuje do witaminy B6. W materiałach naukowych znaleźliśmy, że witamina B6 odpowiada za prawidłowe stężenie serotoniny i dopaminy naszym organizmie, które są hormonami szczęścia. Tak więc my nawiązujemy właśnie do tej funkcji witaminy i chcemy, aby nasza muzyka z jakikolwiek sposób wpływała na słuchaczy i dawała im doznania szczęścia.
Nagraliśmy już dwie płyty. Pierwsza była EP-ka Obecność, na której można nas usłyszeć w repertuarze bardziej rockowo-popowym. Choć wydaje mi się, że brzmienia są bardziej gitarowe. A po około dwóch latach udało nam się wydać także drugi album, ale pierwszy długogrający, o tytule Smugi. To już była płyta w wydaniu bardziej popowym. Przyznam, że może niedługo pojawi się od nas coś w zupełnie innym wydaniu. Działamy już od prawie sześciu lat. Jesteśmy grupą ludzi, którzy spotkali się na studiach. Będąc naprawdę głodni wrażeń muzycznych i występowania na scenie, spotykaliśmy się i tworzyliśmy muzykę. Teraz wszystko wygląda troszeczkę inaczej. Kiedy jesteśmy starsi, ta praca formuje się w inny sposób, ale nadal zespół B6 istnieje i planujemy dalej działać
Ł.W.: Co na tym etapie uznaje Pani za swój największy sukces, jeśli chodzi o karierę artystyczną?
M.S.: Myślę, że sukcesem jest po prostu fakt, że mogę robić to, co kocham. To, że występuję, jest na to przestrzeń, mam gdzie grać i występować, że jestem zapraszana do projektów oraz że mogę te projekty tworzyć i szukać miejsc, aby je przedstawiać. Dla mnie bardzo ważne jest to, o czym śpiewam i z czym występuję. Kiedyś chciałam być aktorką, natomiast teraz widzę, że nie byłoby to miejsce dla mnie, gdybym musiała występować z czymś, co nie jest tożsame ze mną. Dlatego za największy sukces w tym momencie uznaję to, że mogę prezentować się w sztukach i w koncertach, które współgrają ze mną. Z moją stylistyką, z moim przekazem. I mogę robić to z fajnymi ludźmi.
Nie umiem niestety wybrać sukcesu w postaci konkretnego projektu, bo każdy miał swoją wartość. Jedne są mniej widoczne, drugie bardziej, ale każdy kształtuje mnie jednako mocno, daje dobrego kopa i doświadczenie do dalszych działań.
Ł.W.: Ma Pani jakieś marzenia i cele związane z karierą artystyczną?
M.S.: Tak. Moim największym marzeniem jest chyba to, aby móc w tym trwać. Żyć, występować i mieć słuchaczy, odbiorców. Aby nie musieć się martwić o to, czy ktoś zechce przyjść, tylko po prostu mieć pewność, że będzie przed kim występować. Oczywiście chciałabym zagrać kiedyś na Stadionie Narodowym z moim zespołem B6 oraz odnieść sukces z moją płytą jazzową…. Tu się śmieję, bo to są przecież wielkie marzenia, ale lubię stawiać sobie wysokie cele, nic nie tracę.
Przeczytałeś tylko 30% wywiadu
Całość dostępna w najnowszym numerze magazynu MGR.FARM
©MGR.FARM











