Jesteś założycielem Związku Zawodowego Pracowników Farmacji, który współtworzy Koalicję na rzecz szczepień w aptekach. Opowiedz, skąd wziął się pomysł na jej stworzenie?
Koalicja na rzecz szczepień w aptekach powstała poprzez zrzeszenie Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy, Naczelnej Izby Aptekarskiej oraz Związku Zawodowego Pracowników Farmacji. Jej głównym celem jest upowszechnianie szczepień przeciw grypie. Rozszerzenie uprawnień farmaceutów i wprowadzenie szczepień do aptek pozwoli równomierne rozłożyć kompetencje i obowiązki pomiędzy wszystkich pracowników systemu ochrony zdrowia. Wpłynie to nie tylko na większą dostępność do danego świadczenia, lecz także na możliwość lepszej komunikacji z pacjentem i zwiększenia potencjalnej szansy na jego edukację. W krajach o ułatwionej dostępności do szczepień znacznie prościej jest uzyskać zalecenie wykonania szczepienia przy okazji wizyty w aptece czy w gabinecie pielęgniarskim, co bezpośrednio wpływa na większy wzrost wyszczepialności.
Wzmocnienie roli farmaceutów w systemie ochrony zdrowia jest zdecydowaną odpowiedzią na odciążenie polskiej służby zdrowia, szczególnie w zakresie profilaktyki chorób zakaźnych. Istotne jest, aby szczepienia przeciw grypie były dostępne szczególnie dla wybranych grup ryzyka, do których należą osoby starsze, osoby chorujące przewlekle czy kobiety w ciąży. W dobie starzejącego się społeczeństwa kluczową rolę będzie odgrywała opieka farmaceutyczna, ponieważ aptek jest więcej niż placówek medycznych i są ogólnodostępne. To farmaceuta stoi na pierwszej linii kontaktu z pacjentem.
Sporo czasu spędziłeś w Wielkiej Brytanii, gdzie farmaceuci mogą szczepić pacjentów w aptekach. Opowiedz, jak w praktyce wyglądają szczepienia w tamtejszych aptekach?
Osobiście szczepienia były dla mnie olbrzymim zaskoczeniem podczas mojego pobytu w UK w latach 2004-2017. Pracowałem wtedy w aptece sieci Boots. Wytyczne przyszły nagle, a pracodawca zarządził to szkolenie właściwie z dnia na dzień. Pamiętam je jak dziś. Było to najlepszych ze szkoleń, jakie przeszedłem w życiu. Było praktyczne, a zdobyte umiejętności już następnego dnia implementowaliśmy w aptece. Pracowałem wtedy z zespołem Jane Lambert – pielęgniarki, która jako pierwsza rozpoczęła w UK, a potem na świecie, prowadzenie szkoleń ze szczepień dla farmaceutów.
To, co na pewno zaciekawi czytelników, to zakres i tematy szkolenia. Jest to szkolenie, które obejmuje około 12 godzin akademickich łączących teorię i praktykę. Praktyczne warsztaty ze specjalistami uczyły, jak bezpiecznie i prawidłowo podać wstrzyknięcie domięśniowe i podskórne do mięśnia naramiennego. Ich elementem było też rozpoznanie i leczenie pacjenta cierpiącego na anafilaksję, w tym podawanie domięśniowej adrenaliny. W trakcie warsztatów farmaceuci uczą się też rozpoznać pacjenta w stanie zatrzymania krążenia, wezwać pomoc oraz przeprowadzić resuscytację krążeniowo-oddechową.
Jak takie szczepienie wygląda w brytyjskiej aptece? Czy mógłbyś opisać cały proces od momentu zgłoszenia się pacjenta do apteki, aż do jego wyjścia z apteki po zaszczepieniu?
Podczas mojego pobytu w UK mieliśmy kilka opcji. Pierwsza, to pacjent wchodzący do apteki i z marszu mówiący, że chce się zaszczepić. Ze szczepień w aptekach w taki sposób korzystali głównie młodzi ludzie w sile wieku, którzy nie chcieli stać w kolejkach u lekarza rodzinnego. Drugą grupę stanowili seniorzy skierowani przez lekarzy rodzinnych, którzy nie byli w stanie zaszczepić wszystkich.
Sam proces szczepienia jest bardzo prosty. Po pierwsze, technik farmaceutyczny zapewniał pacjenta, że farmaceuta zaraz się z nim spotka i prowadził go do pokoju konsultacji. Następnie ja wchodziłem do pokoju, rozpoczynałem typową rozmowę. Witałem się, przedstawiałem i informowałem pacjenta, że to ja wykonam jego szczepienie. Oczywiście zanim rozpocząłem samo szczepienie, musiałem pobrać specjalny formularz, za pomocą którego odpytywałem pacjenta o przebyte choroby i ogólny stan zdrowia. W przypadku aptek Boots, gdzie pracowałem, mieliśmy przygotowany nawet specjalny szablon z folii do nakładania na odpowiedzi udzielone przez pacjenta w formularzu. Jeśli wszystkie zgadzały się z wytycznymi, szablon to od razu to pokazywał.
Następnie pacjent zdejmował odzież wierzchnią, tak aby był widoczny mięsień naramienny. Ja z kolei myłem ręce, dezynfekowałem je i zakładałem rękawiczki. Procedura się zmieniła, bo obecnie, o ile pacjent jest czysty (socially clean), nie dezynfekuje się powierzchni skóry przed podaniem zastrzyku. Igła jest tzw. pre-filled, nie trzeba więc nic wypuszczać i odstrzykiwać, jak na filmach. Bąbelek jest częścią „drug delivery system”, dlatego go nie usuwamy.
Dalej już pozostawało tylko zrobienie zastrzyku. Najlepiej w takim momencie rozmawiać z pacjentem „o niczym”. A zastrzyk robimy, ściskając fałd skóry i delikatnie wbijając igłę. Przyznam, że często w takich momentach bałem się, że dojdę do kości i to zaboli pacjenta. W rzeczywistości okazuje się, że to nie boli. W takich sytuacjach wystarczy lekko wysunąć igłę i bardzo powoli wstrzyknąć szczepionkę. Następnie gładkim ruchem wyjmuje się igłę i odkłada zużytą strzykawkę do pojemnika z odpadami. Na koniec można zapytać pacjenta, jak się czuje.











