– W sieciówkach pracują prawie sami technicy – mówi Piotr Zając. – W aptece, zgodnie z wymogiem, musi być ustanowiony kierownik – magister farmacji. Gdyby nie ten wymóg, to pewnie byliby tam sami technicy, tania siła robocza. Jeden z moich kolegów zrezygnował z pracy, bo miał kierować apteką, w której oprócz niego było jeszcze dziesięciu techników!
Zając przypomina, że zawód technika farmaceutycznego pojawił się po wojnie, kiedy brakowało farmaceutów, aby technicy ich uzupełniali – tak samo jak felczerzy, którzy pojawili się, bo brakowało lekarzy. Tyle że ówcześni felczerzy i technicy farmacji mieli przyzwoitą wiedzę, były dobre szkoły. Dziś technicy farmacji są kształceni zazwyczaj w sobotnio-niedzielnych szkółkach, gdzie z 400 godzin zajęć w semestrze, 200 to zajęcia wychowania fizycznego.
– Kiedyś było tak, że magistrzy farmacji w aptekach mieli białe fartuchy, a pracownicy techniczni – niebieskie, czasem zielone. Dziś pani nie wie, kogo prosi o radę – zauważa farmaceuta. – Walczymy o wprowadzenie obowiązkowych identyfikatorów, na których byłoby zaznaczone, kim są pracownicy aptek ale technicy boją się ich jak diabeł wody święconej, ponieważ miło jest usłyszeć „pani magister”. I teraz w aptece sieciowej, ten technik, na którego pani najpewniej trafi, zaproponuje pewnie produkt marki własnej. Bo on jest hitem, topem, szczytem. Jest go dużo i jest tani. I jest na nim wysoka marża.
Farmaceuta w wywiadzie zwraca uwagę, że w aptekach działają dziś mechanizmy marketingowe jak w sklepach wielko-powierzchniowych.
– Właściciele aptek zatrudnili marketingowców, którzy wcześniej pracowali przy cukierkach, papierosach. Bo ktoś wymyślił: apteki to biznes jak każdy inny. A w biznesie nie liczy się dobro klienta, a jego portfel. Dla właścicieli sieci aptek to często jest drugi i kolejny interes, tak samo ukierunkowany na zysk jak handel stalą. Jeśli ktoś w ogóle złapie ich na nieetycznych czy wręcz nielegalnych działaniach, zawsze mogą powiedzieć: odpowiada za to kierownik apteki. Bo tak stanowi prawo.
– Biznesmen kierownika wyrzuci z pracy, a nawet jeśli inspektor farmaceutyczny zamknie mu aptekę, to otworzy obok drugą. Bo go na to stać. I tak to się odbywa. A jeśli ja z żoną postępowalibyśmy nieetycznie – bo wspólnie od ponad 20 lat prowadzimy aptekę – to przyjrzałby się temu rzecznik odpowiedzialności zawodowej, może sąd aptekarski, moglibyśmy stracić prawo wykonywania zawodu, zamknąć aptekę i pójść pracować jako kasjerzy w markecie. Z pełnym szacunkiem do kasjerów – ale my, aby prowadzić aptekę, najpierw musieliśmy skończyć studia, później staż, a potem przez wiele lat uczciwie i ciężko pracować na to, by pacjenci do nas przychodzili. Byliśmy zbyt biedni i zbyt etyczni, by ściągać ich za pomocą dumpingu.
Całą rozmowę można przeczytać pod [b][url=http://www.polskatimes.pl/fakty/kraj/a/przychodzi-pacjent-do-apteki-czyli-jak-drenuja-nam-portfele,11755506]TYM ADRESEM[/url][/b]
Źródło: polskatimes.pl










