Magazyn mgr.farm

A jednak Mamut

10 czerwca 2016 07:40

Czy apteki, takie jak widzimy obecnie wokół siebie i ich pracownicy odejdą w niebyt jak mamuty? Czy przetrwają jako relikty przeszłości jak żubry pod ścisła i stałą ochroną prawną? Czy przekształcą się i będą ewoluowały wraz z upływem czasu? Zobaczymy.

shutterstock_412324777.jpg

ŻUBR

Pozwólcie przedstawić sobie:
Pan żubr we własnej osobie.
No, pokaż się, żubrze. Zróbże
Minę uprzejmą, żubrze.

(Jan Brzechwa)

Z jakiegoś bliżej absolutnie mi nieznanego powodu moi szanowni Koledzy Mariusz i Marcin zapałali miłością do tego zwierzęcia… Przyjrzyjmy się więc żubrowi, jak tego chcą. Zgodnie z danymi historycznymi ostatni żubr żyjący na swobodzie (już wtedy pod ścisłą carską ochroną) został zabity podczas pierwszej wojny światowej. Na szczęście żyło jeszcze kilkadziesiąt egzemplarzy w niewoli. Właśnie nimi się posiłkując dzięki wielkiemu wysiłkowi hodowców i leśników udało się odtworzyć populacje żubra tak, że w chwili obecnej liczy ok. 5000 osobników, z czego w Polsce ok. 1400 sztuk. Większość w tzw. stadach wolnościowych.

Populacja żubra jest ściśle chroniona i monitorowana. Śmiało można przyjąć, że bez ciągłej ochrony i to już od setek lat, ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich 200 lat, żubr już by wyginął, jak nie przymierzając… mamut. Warto zauważyć, że mimo wielkich starań i ochrony w latach 20 ubiegłego wieku o mało nie doszło do najgorszego i populacja żubra by wyginęła doszczętnie.

W jakiś sposób sytuacja żubra przypomina mi obecną sytuację aptek, a właściwie nawet nie aptek, a samych magistrów farmacji. Bez ścisłej ochrony i pomocy ze strony państwa zawód ten moim skromnym zdaniem skazany jest na wymarcie. Dlaczego? Opisywałem to w felietonie o mamutach… Dlatego też nie będę tutaj przywoływał ponownie swoich argumentów. Wszystkich zainteresowanych odsyłam ponownie do lektury felietonu pt.: „Przecież to nie były mamuty”. Napiszę tylko, że generalnie wraz z rozwojem nowych technologii przesyłania danych i wraz z rozwojem dostępu do informacji wszelakich, i w połączeniu z wysoko wyspecjalizowanymi usługami kurierskimi, zawód jaki wykonuje magister farmacji dzisiaj, w jego obecnej formie, jest w głębokiej zapaści. Rozszerzając uzasadnienie zawarte w poprzednim felietonie odpowiem, dlaczego tak moim zdaniem jest.

Dlaczego? Przecież aptek jest coraz więcej a w każdej z aptek MUSI być co najmniej jeden magister farmacji… tak stanowi prawo. Tyle, że to prawo nie jest w żaden sposób egzekwowane. To raz, dwa – jesteśmy świadkiem czegoś, co na własny prywatny użytek nazywam farmaceutycznym rozszerzeniem prawa Kopernika (tego, które mówi że pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy). A trzy, apteki jako sklepy z lekami stają się powoli reliktem odchodzącej w przeszłość epoki „handlu bezpośredniego”.

Co mam na myśli pisząc o prawie Kopernika? No cóż, wszyscy widzimy, jak technik farmaceutyczny ruguje z pracy magistra. Jeden i drugi ma prawo ekspediowania leków, przy czym asortyment leków, których nie ma prawa wydać technik, w przeciętnej aptece zawiera się w 2 szufladach i 3 półkach w zamkniętej szafce i tego, co ew. jest w sejfie. Razem może 2-5% asortymentu apteki. Różnica niewielka w sensie ilościowym wydawanego asortymentu.

Nic więc dziwnego że pracownik z mniejszą wiedzą, brakiem obowiązku kształcenia ustawicznego i po prostu TAŃSZY, a posiadający BARDZO zbliżone uprawnienia do wydawania leków, wypiera pracownika droższego. Ilość magistrów farmacji przypadających na jedną aptekę jest ograniczana do absolutnego minimum wynikającego z przepisów. Na chwilę obecną, na podstawie najnowszych danych już mówi się o współczynniku 1,7 magistra farmacji na jedną aptekę w skali kraju. Ktoś mógłby sugerować, że za taki stan rzeczy odpowiada dynamicznie rosnąca ilość aptek. Tak, jest to jeden z czynników, ale bynajmniej nie główny. Założę się, że nawet gdyby ilość aptek nie przyrastała w takim tempie, to i tak ilość magistrów farmacji w nich zatrudnionych dążyła by do absolutnego minimum.

To jedna część wypychania z rynku „pieniądza lepszego przez gorszy”. Równocześnie mamy bowiem do czynienia ze zjawiskiem wypychania z rynku aptek indywidualnych przez sieciowe. Przedstawiciele sieci nawet są z tego dumni i starają się ukazywać apteki sieciowe jako „nowoczesne”, a indywidualne jako „zacofane”. Owszem, nowo otwierane apteki sieciowe to zazwyczaj nowoczesne wnętrza wypełnione masą podświetlanych półek i zapełnione masą suplementów diety i tym podobnych produktów i tzw. „marek własnych”. Można w nich znaleźć całą masę rzeczy w „dobrych cenach”. Coraz trudniej natomiast znaleźć tam lek przepisany przez lekarza na recepcie, zwłaszcza dokładnie ten i tej konkretnej firmy.

To właśnie w tych „mercedesach” aptecznych zamieniane są pacjentom leki na tańsze, często bez informowania pacjentów o dokonywanej zamianie, to właśnie tam często mamy do czynienia z sytuacją, gdzie jeden magister farmacji na zmianie nadzoruje pracę kilku techników farmaceutycznych.

To właśnie w tych aptekach na porządku dziennym jest premiowanie osób ekspediujących leki w zależności od wartości sprzedanych leków i wszelkiego rodzaju suplementów diety, ze szczególnym uwzględnieniem „produktów” w danym okresie promowanych. To właśnie w tych „mercedesach” pacjent styka się ze wszelkiego typu „chwytami marketingowymi” i to tam w bardziej skomplikowanej albo czasochłonnej sytuacji najczęściej słyszy: NIE MA! NIE MA! NIE MA! Wypowiadane jednym ciągiem.

Nie chcę tu bynajmniej gloryfikować aptek indywidualnych, które również mają swoje za uszami. Jednakże zdecydowanie częściej w takich aptekach pacjent otrzyma dokładnie ten lek i tej samej firmy, jak zaordynowany na recepcie, a każda zamiana będzie z pacjentem uzgodniona. Takie apteki przegrywają, bo starają się ciągle jeszcze, co zabrzmi paradoksalnie, zaspokoić rzeczywiste potrzeby pacjenta. Dlaczego paradoksalnie? Ano dlatego, że pacjent/klient często ulega złudzeniu, że lepiej się o niego dba tam, gdzie się jego potrzeby często sztucznie kreuje. Uszczęśliwiając całą masą produktów właśnie promowanych. Dodatkowo nie zwraca się najmniejszej uwagi na różnice, jakie mogą występować pomiędzy odpowiednikami, kierując się jedynie kryterium ceny/odpłatności (dla pacjenta) i rentowności (dla apteki). O tym, że odpowiedniki mogą się różnić, wszyscy wiemy, wystarczy sobie przypomnieć, jakie wymogi np. odnośnie biorównoważności musi spełniać lek generyczny, aby być dopuszczony do obrotu.

Tak, twierdzę, że w zdecydowanej większości apteki indywidualne są dla pacjenta lepsze, głównie dlatego, że w takich aptekach pacjent dalej jest podmiotem działalności, a nie przedmiotem, portfelem który należy wycisnąć i to w taki sposób, aby wyciskany jeszcze z uśmiechem podziękował. I tak, dotyczy to również „aptek dnia drugiego”, czyli takich, gdzie nie ma leków a wszystko „będzie jutro, proszę zostawić receptę”.

Ale, ale, wróćmy do żubrów i prażubrów.

Mariusz w swoim felietonie opisuje wiele patologii istniejących na dzisiejszym rynku farmaceutycznym. Patologie te wynikają z nie dość dokładnej „ochrony” rynku, jaką powinno zapewniać Państwo. Jak to się skończyło dla żubrów? Ano praktycznie wyginęły.

Tak samo z aptekami i magistrami farmacji. Za chwilę nie będzie czego ratować. A wszystkie istniejące na rynku patologie tylko przyśpieszają proces „wymierania” aptek. Bynajmniej wyeliminowanie wspomnianych przez Mariusza patologii nie spowoduje, że proces ten ulegnie odwróceniu. Apteki dążą do bycia „sklepami z lekami” i tego nic nie zmieni. Po prostu rozwój technologii wytwarzania leków spowodował, że jakikolwiek lek przygotowywany w aptece, z całej masy powodów, będzie ustępował lekowi przygotowanemu w wyspecjalizowanym laboratorium. I to zarówno pod względem trwałości, jak i jakości i powtarzalności. A do wydawania leków zaordynowanych przez lekarza, mającego dostęp do PEŁNEJ dokumentacji pacjenta, obejmującej wszystkie zakupy leków i automatycznie „komputerowo” przetworzonej pod względem potencjalnych niezgodności, magister farmacji jako ostatnie ogniwo kontrolne potrzebny raczej nie jest. 5,5 roku studiów po to, aby podawać leki z półki, to w dzisiejszych czasach zdecydowana przesada. Z tym zadaniem doskonale, jak pokazuje rzeczywistość, radzi sobie technik farmacji. Poradziłby sobie zapewne każdy po 2 tygodniowym przeszkoleniu… O robotach nie wspominając.

Prawda, może i bolesna, ale jest taka, że w sklepie z lekami już wkrótce może dla magistra farmacji zabraknąć miejsca. Zwłaszcza, jeżeli dystrybucja leków zostanie przejęta przez duże wyspecjalizowane centra dystrybucyjno/produkcyjne.

Mariusz zdaje się nie widzieć tego, że to, o czym pisze, jedynie przyspiesza proces zmian w modelu dystrybucji leków. Proces, który jest procesem nieuchronnym w świetle zmian terapii. Przyszłością jest indywidualna terapia dopasowana osobniczo do każdego z nas. Oparta na stałym monitorowaniu naszego organizmu. I proszę nie pisać mi tu w komentarzach, że to jakieś Sci-Fi. Wystarczy wspomnieć już istniejące smartwatche i smartbandy powszechnie stosowane przez osoby trenujące różnego rodzaju sporty.

Marcin z kolei widzi nieuchronność zmian, ale jego optymizm każe Mu widzieć farmaceutę jako niezbędne ogniwo łańcucha ochrony zdrowia. Którego kompetencje będą poszerzone o uprawnienia diagnostyczne. Ja takim optymistą nie jestem.

Raczej stawiam na ewolucyjne zmiany, w trakcie których, wraz z rozwojem zarówno technologii postaci leku, jak i technologii teleinformatycznych, rola farmaceuty w takim sensie w jakim ją pojmujemy na chwilę obecną, zaniknie.

Nasze obowiązki przejmą lekarze i… pielęgniarki wraz z ratownikami medycznymi. Możliwe, że doczekamy wskrzeszenia felczerów. Z resztą już powoli, wraz z otrzymaniem prawa do samodzielnej ordynacji, zawód pielęgniarki dryfuje w tym kierunku.

No bo jeżeli pielęgniarka otrzymała prawo do samodzielnej ordynacji, to niejako automatycznie otrzymała prawo do samodzielnego diagnozowania. Czy się to komu podoba, czy nie, już w wyścigu o przetrwanie, nas czyli farmaceutów, zaczyna wyprzedzać. Zdecydowanie bardziej wydaje mi się realne przekształcenie w nadchodzących dziesięcioleciach aptek w ambulatoryjne punkty diagnostyczne i/lub doraźnej pomocy, niż utrzymanie ich roli jako miejsca, w którym pacjenci realizują recepty na leki. Bo to właśnie tego będą potrzebowali pacjenci najbardziej. Szybkiej doraźnej pomocy w drobnych sprawach, interwencji i ew. zmiany leku lub jego dawkowania, bez konieczności angażowania „pełnego” lekarza.

MOŻE utrzymają się jako punkty odbioru przygotowanych leków… ale tylko MOŻE.

Co by się musiało stać żeby, nasz zawód miał szanse na przetrwanie? No cóż, musielibyśmy zdobyć uprawnienia i niezbędną WIEDZĘ i PRAKTYKĘ, nie dość, że do diagnozowania, to również do wykonywania drobnych zabiegów i podawania leków. Żeby to się stało, trzeba by dogłębnie przebudować program studiów. A to samo w sobie to już praca na miarę 12 prac Herkulesa. Pamiętać należy, że szkoleni jesteśmy wg bardzo mocno przestarzałego programu studiów, absolutnie niedopasowanego do współczesnych potrzeb i potencjalnych nowych obowiązków, jakie magister farmacji powinien wykonywać. To temat rzeka i temat na zupełnie osobny felieton.

Podsumowując.

Moim skromnym zdaniem zarówno apteki, jak i sam zawód magistra farmacji czeka w najbliższych, może nie latach ale dziesięcioleciach, wielka przemiana. I tak naprawdę dzisiejsze walki o to, czy ma być wolny rynek i apteka dla każdego, czy apteka dla aptekarza, nie mają większego wpływu na to, jak ten rynek będzie wyglądał za 20-30 lat. Braki w obsadzie aptek, rozrost sieci, reeksport i braki leków w aptekach to problemy na tu i teraz. Owszem, bardzo ważne sprawy, których rozstrzygnięcie będzie decydowało o tym, w jakich warunkach będziemy pracowali przez najbliższe lata. Jednakże niezależnie od rozstrzygnięć, które teraz zapadną, proces zmian trwa. Trwa i przyśpiesza. Stoimy u progu rewolucji. Wszelkie niezbędne do jej przeprowadzenia elementy już istnieją albo w bardzo krótkim czasie zaistnieją i tylko czekają na pozbieranie ich w jedną całość.

Rozstrzygnięcie problemów „na tu i teraz” może co najwyżej przyśpieszyć te procesy (w wypadku oddania rynku przedsiębiorcom budującym sieci aptek) lub spowolnić (w wypadku zdecydowania się na model AdA i bardzo rozdrobniony rynek). Żadna z tych dróg, żaden z tych wyborów, to nie wybór pomiędzy postępem i rozwojem a stagnacją i konserwatyzmem. Oba te modele rozwoju rynku aptek to modele konserwatywne. Oba tak samo konserwatywne mimo tego, że sieci starają się nam wmówić, że one „to postęp”.

A co do tego, kim okażą się apteki i osoby obecnie wykonujące zawód magistra farmacji w aptekach, mamutami czy żubrami, no cóż, pokaże czas. Czy apteki, takie jak widzimy obecnie wokół siebie i ich pracownicy odejdą w niebyt jak mamuty? Czy przetrwają jako relikty przeszłości, jak żubry pod ścisłą i stałą ochroną prawną? Czy przekształcą się i będą ewoluowały wraz z upływem czasu? Zobaczymy. Na chwilę obecną wszystkie te drogi są potencjalnie możliwe. Ja jednak stawiam na nadciągającą rewolucję. Jednak nie żubry, nie żubry po ewolucji, a mamuty. Niestety. Niestety, z mojego obecnego punktu widzenia, czyli z punktu widzenia aptekarza. Ale już niekoniecznie z punktu widzenia obecnego przeciętnego pacjenta, odwiedzającego współczesne apteki. A to właśnie ci pacjenci są sensem i racją bytu obecnych aptek. To dla nich ciągle istniejemy, a nie oni dla nas. Jeżeli nadciągające tsunami zmian spowoduje, że zostanie im zapewniony znacznie lepszy, skuteczniejszy, bezpieczniejszy i pewniejszy sposób zaopatrzenia w leki, to niech tak będzie. Jeżeli w miejsce obecnych „sklepów z lekami” powstaną mikro ambulatoria/gabinety felczerów/punkty nagłego jednorazowego zaopatrzenia w leki, to niech tak będzie. Jeżeli tylko skorzysta na tym pacjent, to niech tak będzie.

PS.

Tak Piotrze, dalej twierdzę, że w dającej się przewidzieć perspektywie czasowej staniesz się niepotrzebny, ale nie nastąpi to ani dzisiaj, ani za kilka lat. Ty prawdopodobnie będziesz miał szanse dotrwać do wieku emerytalnego.

Jak oceniasz artykuł?

Twoja ocena: Jeszcze nie oceniłeś/aś artykułu

Udostępnij tekst w mediach społecznościowych

0 komentarzy - napisz pierwszy Komentujesz jako gość [ lub zarejestruj]

Odpowiadasz:

avatar
Akceptuję regulamin dyskusji *
Komentujesz jako gość! Chcesz być informowany o nowych komentarzach w temacie? Zarejestruj się, lub jeśli już masz konto w grupie farmacja.net - .

Powiązane artykuły

Apteka sieciowa – parę słów dobrego Apteka sieciowa – parę słów dobrego

Nie chcę rozpętać burzy, ale obawiam się, że mogę nie wpisać się w trend panujący dość powszechnie w...

Leki oryginalne i ich odpowiedniki – czy są tak samo skuteczne i bezpieczne? Leki oryginalne i ich odpowiedniki – czy są tak samo skuteczne i bezpieczne?

Na rynku dostępnych jest coraz więcej leków generycznych. Ich sprzedaż to niższe koszty terapii dla ...

Apteczna geografia Apteczna geografia

Liczba aptek nieustannie rośnie, jednak zjawisko to nie jest równoważne ze wzrostem dostępu pacjentó...