REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
wt. 18 sierpnia 2020, 13:08

Diabelska maść i teorie spiskowe medycyny alternatywnej…

Budowanie na zgliszczach i wykorzystywanie ślepych uliczek farmakoterapii dla własnych potrzeb to domena medycyny alternatywnej. Również w tej historii niezwykle obiecujący lek onkologiczny, który przepadł na etapie badań klinicznych, posłużył jako dźwignia reklamy preparatu miejscowego o szemranej skuteczności. Medycyna alternatywna uwielbia substancje pochodzące z najdalszych zakątków ziemi, otoczone aurą tajemnicy i szczególnych mocy. Czy może być coś lepszego niż substancja wyizolowana z Diabelskiego Jabłka rosnącego w dzikiej Australii?

Koramzyna to substancja wyizolowana z rośliny Solanum linnaeanum (Devil’s Apple)(fot. Shutterstock)
Koramzyna to substancja wyizolowana z rośliny Solanum linnaeanum (Devil’s Apple)(fot. Shutterstock)

REKLAMA

Czyż nie brzmi obiecująco? Zamiana bolesnego i często okaleczającego zabiegu chirurgicznego na prostą tubkę z maścią. Któż nie byłby zwolennikiem takiej terapii, by uniknąć pooperacyjnego bólu, długotrwałego gojenia czy blizn? Przejdźmy zatem na drugą stronę barykady, by poznać zdanie na ten temat medycyny opartej na faktach…

Nieskuteczny i niebezpieczny?

Okazuje się, że Curaderm nie jest takim przełomem medycznym, jak zwykł twierdzić jego producent. W opracowaniach naukowych wrzucany jest do wspólnego worka preparatów miejscowych (wśród nich na przykład Cansema produkowana przez Alpha Omega Labs na Bahamach czy HerbVeil8 produkowany przez Viable Herbal Solutions w Morrisville), które mają usuwać wszelakie zmiany skórne – od tych grzybiczych aż po nowotworowe.

Pierwszym problemem, jaki pojawia się w przypadku wszystkich wspomnianych maści, jest faktyczna zawartość składników czynnych – produkty te dostępne są głównie przez Internet (Curaderm sprzedawany jest niestety również w sieci Wallmart za niebagatelną kwotę 150 dolarów za tubkę wielkości 20 ml), a substancje, które mają odpowiadać za ich aktywność terapeutyczną, są wysoce zanieczyszczone. To jednak najsłabszy z zarzutów, jakim przyszłoby sprostać producentom Curadermu, gdyby faktycznie stanęli w otwarte szranki z EBM…

Wszystkie z wymienionych preparatów wywołują miejscową reakcję przypominającą oparzenie, w wyniku której dochodzi do owrzodzenia zmiany, pokrycia jej strupem, który następnie odpada. Zmiana nowotworowa potraktowana w ten sposób jest dużo trudniejsza dla późniejszego leczenia chirurgicznego. Bliznowacenie wywołane maścią może zakłócać obraz choroby i nie pozwolić na prawidłową decyzję o optymalnym marginesie usuwanych tkanek. Wielokrotnie opisywano również tak zwane nowotwory resztkowe po zastosowaniu maści. Z pozoru usunięta zmiana staje się wówczas źródłem rozsiewu nowotworowego zarówno do węzłów chłonnych, jak i dalszych narządów. Kolejny problem stanowi brak wybiórczości preparatu w stosunku do chorej tkanki. Z równą zaciekłością glikozydy solasodyny uszkadzają tkankę zdrową, w ten sposób mogą wywoływać poważne powikłania dermatologiczne.

Co na to badania?

Choć Bill Cham sprzedając swój cudowny specyfik, powołuje się na lata pracy i dziesiątki prac naukowych z jego udziałem opisujących skuteczność glikozydów solasodyny w leczeniu zmian skórnych, odmienne wyniki przynosi szybkie sprawdzenie tego faktu w bazie PubMed. Wyszukiwarka pokazuje jedynie 4 artykuły, z których ten opublikowany przez Chama pochodzi z 1991 roku. Badanie przez niego przeprowadzone wykazuje wówczas obiecujące rezultaty w przypadku zastosowania 10% koncentratu glikozydów solasodyny na nowotworowe zmiany skórne (z wykluczeniem pacjentów z potwierdzonym czerniakiem). Eksperyment wygląda jednak na wstępną fazę badań – nie jest randomizowany, nie opisano również wielkości ani głębokości naciekania zmian. Być może był to właśnie moment tuż przed tym, zanim Bill Cham przeszedł na ciemną stronę medycyny.

Aby oddać jednak nieco sprawiedliwości glikozydom solasodyny, niewykluczone jest, że wykazują one pewną miejscową aktywność biologiczną wobec komórek nowotworowych i mogą być użytecznym lekiem wspomagającym terapię standardową. Jednak wymaga to długiej i bacznej obserwacji klinicznej oraz rzetelnie zaprojektowanych i przeprowadzonych badań. Takich na razie zdecydowanie nie ma.

REKLAMA
REKLAMA

Bill Cham w swojej książce „The Eggplant Cure for Cancer” (w wolnym tłumaczeniu „Bakłażan leczy raka”) stawia się jednak w pozycji pokrzywdzonego przez agencje lekowe, całe rzesze dermatologów i chirurgów, którzy nie chcą słuchać, gdy on głośno krzyczy o potędze naturalnego leczenia za pomocą ziół. Cham żali się, że FDA nie rejestruje jego cudownej maści – zapewne z wielu ukrytych powodów, za którymi stoi Big Pharma. Prawdą jest jednak, że chemik nigdy nie złożył wniosku o rejestrację Curadermu. FDA zaś nie ma w zwyczaju wyszukiwać leków i prosić ich producentów o możliwość rejestracji. Sam fakt, że Cham nie podejmuje kroków w celu legalizacji swojego preparatu, świadczy niejako o jego przebijającym zdrowym rozsądku. Wystąpienie z takim wnioskiem, a następnie jego odrzucenie przez FDA byłoby zdecydowanie niekorzystnym biznesowo posunięciem. Organ zaś w obliczu dostępnych faktów nie mógłby podjąć innej decyzji.

Na fali medycyny alternatywnej

Blisko 1/3 Amerykanów korzysta z wynalazków medycyny alternatywnej i każdego roku wydaje około 12 miliardów dolarów na wątpliwej jakości środki predysponujące do miana preparatów leczniczych. Dlaczego właśnie Curaderm stanowi szczególne zagrożenie zdrowotne? Cudowna maść staje bowiem w opozycji do klasycznej terapii onkologicznej. Tymczasem wczesne podjęcie leczenia chirurgicznego w przypadku większości nowotworów skóry gwarantuje pełne wyleczenie (jak mawiają anglojęzyczni – „nothing heals like surgical steel”), a wydłużanie czasu pomiędzy postawieniem diagnozy a usunięciem zmiany może skutkować rozsiewem zmian nowotworowych, które początkowo były w pełni wyleczalne. W przypadku raka podstawnokomórkowego przerzuty występują rzadko, przy raku kolczystokomórkowym nieco częściej, stąd odkładanie w czasie leczenia radykalnego jest szczególnie groźne w tym typie nowotworu. Pominięcie wizyty u dermatologa lub chirurga to również ryzyko przeoczenia najgroźniejszej zmiany skórnej, czyli czerniaka.

Z Curadermem, magicznym kremem wymazującym nowotwory skórne niczym gumka do ścierania, wiążą się obecnie liczne teorie spiskowe. Według przekazów medycyny alternatywnej lek jest znany wszystkim dermatologom oraz chirurgom, ale jego stosowanie spowodowałoby odpływ pacjentów z ich gabinetów oraz zmniejszenie liczby wykonywanych zabiegów chirurgicznych, na które to lekarze nie mogą sobie pozwolić. Ta niezwykła teoria powtarzana jest wielokrotnie na forach internetowych oraz portalach zajmujących się kreowaniem alternatywnej wizji świata. Warto pamiętać, że Curaderm, będący mieszanką faktów, niespełnionych oczekiwań i dużej dozy agresywnej reklamy, nie doczekał się jak dotąd statusu leku, a na potwierdzenie jego działania mamy tylko zdjęcie radosnego pana Boba z dalekiej Australii, który pozbył się swojego raka podstawnokomórkowego w dwa tygodnie. A lekarze go nienawidzą.

Literatura:

  1. https://www.medsafe.govt.nz/safety/EWS/2013/black-salve.asp data dostępu 30.06.2019 r.
  2. McDaniel S., Goldman G. D., Consequences of Using Escharotic Agents as Primary Treatment for Nonmelanoma Skin Cancer. Arch Dermatol.2002;138(12):1593–1596.
  3. https://jamanetwork.com/journals/jamadermatology/fullarticle/479092 data dostępu 30.06.2019 r.

©MGR.FARM


Zacytuj ten artykuł jako:

    • Sylwia Ziółkowska, Diabelska maść, MGR.FARM, nr 4/2019 (26), str.L10-L12
REKLAMA
REKLAMA
Ikona Google News
mgr.farm na Google News Śledź najnowsze wiadomości
Dołącz do nas
REKLAMA