REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
śr. 13 maja 2020, 15:46

Farmaceuta, fotograf i ornitolog. Człowiek z pasją…

Farmaceuta, fotograf, ornitolog… pasjonat. Marcin Stefańczyk jest niezwykłym przykładem człowieka o żelaznej dyscyplinie, który jest gotowy poświęcić swojej pasji niemal wszystko. Tylko dzięki połączeniu tych cech mógł osiągnąć poziom, którego mogą pozazdrościć mu profesjonaliści. Jego zdjęcia zachwycają, a historia wykonania każdego z nich budzi ogromny szacunek dla autora…

Fotograf ptaków – to określenie chyba najlepiej pasuje do Marcina Stefańczyka, choć pewnie nie do końca oddaje jego zaangażowanie i wiedzę (fot. Marcin Stefańczyk)

Żyjemy w czasach, gdy niemal każdy nosi w kieszeni spodni miniaturowy aparat fotograficzny. Są one w końcu już standardem, jeśli chodzi o wyposażenie współczesnych telefonów komórkowych. Możemy więc robić zdjęcia, kiedy tylko chcemy i gdzie chcemy. Ogranicza nas jedynie wyobraźnia. Robienie zdjęć stało się dziecinne proste, a przez to też nieco… spowszedniało?

REKLAMA

Natłok zdjęć w mediach społecznościowych poniekąd sprawia, że przestaliśmy postrzegać sztukę fotografii jako coś elitarnego i wymagającego szczególnych umiejętności. Coraz częściej wystarczy na amatorskie zdjęcie nałożyć odpowiedni filtr lub poddać je cyfrowej obróbce, by uzyskać efekt, jakiego nie powstydziłby się profesjonalista. Jednak czy rzeczywiście tak jest? Czy z powodu tego postępu technologicznego naprawdę przestaliśmy doceniać umiejętności profesjonalnych fotografów i wysiłek, jaki wkładają w wykonanie swoich zdjęć? Jeśli uważacie, że tak, to koniecznie musicie poznać historię Marcina Stefańczyka.

Farmaceuta, fotograf, ornitolog

Fotograf ptaków – to określenie chyba najlepiej pasuje do Marcina Stefańczyka (choć pewnie nie do końca oddaje jego zaangażowanie i wiedzę). Na swoim koncie ma setki niesamowitych zdjęć, które wygrywają konkursy i zachwycają czytelników książek oraz czasopism, w których są publikowane. Na co dzień Marcina można spotkać w jednej z małomiasteczkowych aptek na Kaszubach. Jest bowiem farmaceutą. I choć pochodzi z Częstochowy, to od 9 lat mieszka w Gdańsku. Z kolei farmację studiował na Łódzkim Uniwersytecie Medycznym (ukończył ją w 2008 roku).

Marcin nie jest pierwszym farmaceutą w swojej rodzinie. – Moja mama jest farmaceutką i prowadzi aptekę w Częstochowie. Od dziecka sporo czasu spędzałem u niej w pracy i zawód farmaceuty zawsze wydawał mi się dość interesujący – przyznaje. – Wiedziałem, że znalezienie pracy po tym kierunku studiów raczej nie będzie trudne i jeśli nawet nie spodoba mi się praca w aptece, to zawsze jest jeszcze kilka innych opcji po farmacji – mówi o powodach wyboru właśnie tego kierunku studiów.

Przyznaje jednak, że gdyby mógł wybierać jeszcze raz, pewnie zostałby… ornitologiem. Od dziecka bowiem interesował się ptakami i przyrodą. – Jako kilkuletnie dziecko wstawałem wcześnie i zamiast po zabawki sięgałem po książki. Tak się złożyło, że mieliśmy kilka atlasów ornitologicznych w domowej biblioteczce. Oglądałem je w każdej wolnej chwili i błyskawicznie nauczyłem się wszystkich gatunków na pamięć. Mama nieraz wspomina, jak odwoziła mnie autobusem do przedszkola, a ja po drodze wymieniałem jej znane mi gatunki ptaków. Szybko połknąłem bakcyla i stało się to moją największą pasją, aż do dzisiaj – wspomina Marcin.

Pierwsze kroki…

Wśród znajomych w szkole podstawowej oraz liceum jego zainteresowanie odbierane było jako niespotykane i nieco dziwne. Będąc w liceum i rozważając wybór przyszłej drogi zawodowej, brał pod uwagę leśnictwo, biologię i ochronę środowiska. – Po każdym z tych kierunków mógłbym być ornitologiem, czyli połączyłbym pasję z pracą. Czy może być coś piękniejszego? Jednak wtedy nie miałem zbyt dużej wiedzy o tym, co rzeczywiście robi taki ornitolog – mówi. – Byłem przekonany, że osoba po biologii pracuje głównie jako nauczyciel. Taka wizja przyszłości nie przemawiała do mnie.

REKLAMA
REKLAMA

W późniejszym okresie, kiedy poznał wielu ornitologów, przekonał się, w jakim był błędzie. Zrozumiał, że wiele ciekawych rzeczy można robić po tym kierunku. – Gdybym nie poszedł na farmację, to chciałbym być właśnie ornitologiem i zajmować się również profesjonalnie fotografią przyrodniczą – przyznaje.

Ostatecznie jednak wybór padł właśnie na farmację. Nie oznaczało to jednak, że Marcin zrezygnował ze swoich zainteresowań. Wręcz przeciwnie. To właśnie na trzecim roku studiów zainteresował się fotografią ptaków. Pierwszy aparat kupił za odłożone pieniądze ze stypendium naukowego. – Była to jeszcze lustrzanka analogowa i obiektyw stałoogniskowy 400 mm. Lustrzanki cyfrowe dopiero wchodziły na rynek i były zbyt drogie jak na studencką kieszeń – z uśmiechem na ustach wspomina tamte czasy. – Bardzo szybko przekonałem się, że wykonanie zdjęć ptaków, jakie podziwiałem w internecie, będzie szalenie trudne. Największym szokiem był dla mnie fakt, że muszę być bardzo blisko ptaków, żeby wypełniły sensownie kadr – przyznaje Marcin.

fot: Marcin Stefańczyk
fot: Marcin Stefańczyk

W rezultacie swoje pierwsze zdjęcia robił z bardzo daleka. Na wywołanych odbitkach niestety ciężko było dopatrzeć się ptasiego modela. – Kolejne zdziwienie przyszło, kiedy przekonałem się, że fotografowanie sprzętem analogowym jest bardzo drogie. Rolka profesjonalnych slajdów (a to tylko 36 zdjęć) kosztowała ok. 35 zł, a jej wywołanie 15 zł. Do tego najlepsze kadry wysyłałem do Warszawy do zeskanowania na dobrym skanerze. Przed każdym naciśnięciem spustu migawki mocno zastanawiałem się, czy warto – opowiada farmaceuta.

Prawdziwy przełom nastąpił, kiedy kupił lustrzankę cyfrową. Zaczął jeździć w ciekawe pod względem przyrodniczym miejsca w okolicach Łodzi. Mieszkał wtedy jeszcze w akademiku. – Nie zapomnę zdziwienia imprezujących na korytarzach znajomych, kiedy widzieli mnie w ubraniach moro z plecakiem wychodzącego gdzieś o 2.00 czy 3.00 nad ranem – przyznaje z rozbawieniem Marcin.

Żaden z jego kolegów nie miał podobnego zainteresowania. W rezultacie zapisałem się do sekcji ornitologicznej na Uniwersytecie Łódzkim, a zaraz potem został przyjęty do Polskiego Związku Fotografów Przyrody. W czasie wakacji uczestniczył w różnych obozach ornitologicznych, na których obrączkowane były ptaki. – Poznałem tam wiele osób z podobną pasją, z którymi do dziś utrzymuję kontakt. Poszukując co raz to nowych gatunków, podróżowałem po całym kraju – przywołuje czasy studenckie.

Czatownia, pływadełko i karimata…

Fotografia przyrodnicza jest najtrudniejszą dziedziną fotografii – to dość powszechna opinia. Tutaj rzadko kiedy zdjęcia można wykonać „z marszu”. Większość poprzedzona jest kilkudniowymi przygotowaniami i dokładnym rozpoznaniem terenu. – Jeśli znajdę już atrakcyjną miejscówkę, to robię ukrycie, czyli tzw. czatownię. Musi być ona świetnie zamaskowana, żeby nie płoszyła ptaków i nie rzucała się w oczy przypadkowym ludziom. Ptaki przez kilka dni przyzwyczajają się do obecności ukrycia, które staje się dla nich w końcu naturalnym elementem krajobrazu – wyjaśnia Marcin Stefańczyk.

REKLAMA
REKLAMA
Ikona Google News
mgr.farm na Google News Śledź najnowsze wiadomości
Dołącz do nas
REKLAMA