REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
śr. 13 maja 2020, 15:46

Farmaceuta, fotograf i ornitolog. Człowiek z pasją…

Farmaceuta, fotograf, ornitolog… pasjonat. Marcin Stefańczyk jest niezwykłym przykładem człowieka o żelaznej dyscyplinie, który jest gotowy poświęcić swojej pasji niemal wszystko. Tylko dzięki połączeniu tych cech mógł osiągnąć poziom, którego mogą pozazdrościć mu profesjonaliści. Jego zdjęcia zachwycają, a historia wykonania każdego z nich budzi ogromny szacunek dla autora…

Fotograf ptaków – to określenie chyba najlepiej pasuje do Marcina Stefańczyka, choć pewnie nie do końca oddaje jego zaangażowanie i wiedzę (fot. Marcin Stefańczyk)

REKLAMA

Fotografuje przeważnie wczesnym rankiem po wschodzie słońca oraz przed zachodem. – Ostre światło zupełnie nie nadaje się do zdjęć. Do takiej czatowni wchodzę co najmniej godzinę przed wschodem, żeby nie spłoszyć ptaków, które chcę fotografować – mówi farmaceuta. Łatwo sobie zatem wyobrazić, że latem trzeba wstać bardzo wcześnie, nawet o 1.00 w nocy. – Jeśli ktoś chciałby zająć się fotografowaniem ptaków i może poświęcić na to 1–2 dni w tygodniu, to ostrzegam, że się rozczaruje – dodaje Marcin.

Kiedyś dosłownie każdą wolną chwilę spędzał z aparatem w ręku, a rezultaty jego pracy były świetne. Znajomi pytali się go nawet, czy gdzieś w ogóle pracuję, bo ciągle robi nowe zdjęcia w różnych częściach kraju. – Sytuacja w świecie ptaków jest niesamowicie dynamiczna. Przeloty wiosenne i jesienne nie trwają długo i trzeba się sprężyć, żeby zdążyć sfotografować gatunki ptaków, które nie występują w Polsce w sezonie lęgowym, np. kilka gatunków gęsi z rosyjskiej tundry – tłumaczy farmaceuta.

Oprócz fotografowania z czatowni, bardzo często robi zdjęcia, leżąc na karimacie, przykryty siatką maskującą. Tak fotografuje np. ptaki wodno-błotne. Marcin przyznaje jednak, że jest to metoda niezbyt efektywna, ponieważ ptaki mają niesamowity wzrok i zauważą każdy, nawet najmniejszy ruch pod siatką. Od kilku lat fotografuje ptaki wodne z pomocą „pływadełka”. – Jest to pływające ukrycie zbudowane z rur PCV, stelażu od namiotu i siatek maskujących. Wygląda to jak mała, pływająca wysepka. Do tego potrzebny jest skafander nurkowy i dla bezpieczeństwa kamizelka asekuracyjna, a na głębokiej wodzie przydadzą się również płetwy – wyjaśnia Marcin. Zbliżając się powolutku w takim ukryciu nawet do płochliwych ptaków, jest w stanie uzyskać zdumiewające efekty.

Zdumieni bywają także niekiedy poboczni świadkowie tego, co robi Marcin. W rezultacie farmaceuta niczym z rękawa sypie zabawnymi anegdotami o swoich spotkaniach z wędkarzami czy… policjantami. – Pewnej śnieżnej zimy fotografowałem na łące pod Puckiem niepłochliwą berniklę białolicą. W pewnym momencie ujrzałem na horyzoncie dwóch policjantów przedzierających się przez zaspy w moim kierunku. Okazało się, że otrzymali zgłoszenie o leżącym na polu trupie… Po krótkiej rozmowie na temat tego, co tutaj robię, i sporządzeniu notatki służbowej wrócili do auta, a ja dalej mogłem wykonywać zdjęcia – opowiada z uśmiechem Marcin.

Innym razem zakamuflował się w trzcinach tak dobrze, że wędkarze widząc jak wchodzi do wody i znika im z pola widzenia, byli przekonani, że się utopił. W rezultacie zaczęli go szukać. – Najczęściej jednak zdarza mi się wystraszyć wędkarzy wczesnym rankiem, kiedy oni nieświadomi mojej obecności rozbijają się gdzieś obok czatowni, a ja ukryty grzecznie proszę ich, żeby łowili kawałek dalej. W pierwszej chwili nie wiedzą, skąd dobiega głos. Niejeden już brał nogi za pas – mówi Marcin, dodając jednocześnie, że zdarzało mu się nawet być świadkiem miłosnych igraszek…

Poświęcenie, wyrzeczenia i nagrody

Na jedno udane zdjęcie składa się ogromna liczba czynników. Świetna kondycja, przygotowanie, sprzęt, zaangażowanie, cierpliwość, wiedza… Szczególnie ta ostatnia ma kluczowe znaczenie dla znalezienia siedlisk określonych gatunków ptaków. W końcu skądś fotograf musi wiedzieć, gdzie i kiedy pojechać. Marcin przyznaje, że w dzisiejszych czasach fotografowanie ptaków jest pod tym względem znacznie prostsze niż kiedy zaczynał swoją przygodę kilkanaście lat temu. Obserwowanie i fotografowanie ptaków staje się coraz popularniejszym hobby wśród Polaków, w rezultacie powstaje coraz więcej serwisów internetowych dla amatorów tego sposobu spędzania wolnego czasu. Jest też coraz więcej książek i publikacji, w których można przeczytać o ciekawych przyrodniczo miejscach.

– W zachodniej Europie birdwatching to popularna forma spędzania wolnego czasu – przyznaje Marcin. – Bardzo dużo ludzi każdego dnia umieszcza w sieci swoje obserwacje i zdjęcia, co jest niesamowicie pomocne, bo przecież nie da się samemu wszystkiego znaleźć – wyjaśnia farmaceuta i dodaje, że obecnie modne są też komercyjne czatownie, do których można jechać „na gotowe” i za opłatą fotografować np. ptaki drapieżne. – Osobiście jeszcze nigdy nie skorzystałem z takich usług, ale nie wykluczam takiej opcji. Zdaję sobie sprawę, że przy ograniczonym czasie, jaki mogę teraz poświęcić na hobby oraz fakcie, że w swojej okolicy po prostu niektórych gatunków raczej nie uda mi się uwiecznić samodzielnie, będzie to nieuchronne, żeby dalej się rozwijać i powiększać swoje portfolio.

Srokosz z myszą (fot. Marcin Stefańczyk)
Srokosz z myszą (fot. Marcin Stefańczyk)

Marcin od ponad roku jest żonaty. Przyznaje, że kiedy był kawalerem mógł sobie pozwolić na częstsze wyjazdy. – Wszystkie urlopy i weekendy były poświęcane na hobby. Zdarzyło mi się kilka naprawdę szalonych wypadów. Najbardziej utkwił mi w pamięci wyjazd z Gdańska do Rzeszowa (zahaczając o Opole), żeby sfotografować bardzo rzadką gęś małą. Ptak na szczęście czekał na mnie, mogłem go uwiecznić – wspomina. – Innym razem wyruszyłem w nocy do Zakopanego, żeby o wschodzie słońca przy schronisku na Morskim Oku (na które wchodziłem w nocy z bardzo ciężkim sprzętem) sfotografować niepłochliwą orzechówkę i jeszcze tego samego dnia wrócić do domu.

Fotografia przyrodnicza wiąże się z poświęceniem i wieloma wyrzeczeniami. Nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. Tym większa satysfakcja, gdy efektem niekiedy nadludzkiego wysiłku jest niepowtarzalne i zapierające dech w piersiach zdjęcie. Szczególnie gdy na jego wykonanie poświęciło się kilka dni. Marcin przyznaje, że najwięcej czasu poświęcił, żeby uwiecznić orlika krzykliwego na Warmii. – Zrobienie zadowalających fotek zajęło mi tydzień. Przez ten czas praktycznie nie wychodziłem z ukrycia, nawet spałem tam. Była to wczesna wiosna i w nocy temperatura spadała poniżej zera, więc dogrzewałem się butlą gazową z promiennikiem. Moje lokum dzieliłem z myszami i przeróżnymi owadami – wyjaśnia farmaceuta.

REKLAMA
REKLAMA

Nie zawsze z takich wyjazdów wraca się z tarczą. Pewnego upalnego lipca poświęcił 6 dni na Kurpiach bardzo rzadkiemu gatunkowi ptaka, jakim jest kraska. – Większość tego czasu przesiedziałem w aucie i obserwowałem miejsca, w których ptak siada i poluje, żeby następnie zrobić w tym miejscu ukrycie. Mimo poświęconego czasu nie udało mi się wykonać dobrych zdjęć, a spędzone dnie i noce w rozgrzanym aucie niezbyt miło wspominam – przyznaje Marcin.

Satysfakcja z udanego i niepowtarzalnego zdjęcia jest największą nagrodą dla każdego fotografa. W tej sytuacji swoistą wisienką na torcie jest docenienie przez profesjonalistów z branży. Marcin Stefańczyk przyznaje, że konkursy fotograficzne czy wystawy nigdy go nie interesowały. Nie oznacza to jednak, że w żadnym konkursie nie brał udziału. Dwukrotnie zdobył wyróżnienie w największym konkursie fotograficznym w Polsce organizowanym przez magazyn National Geographic. Za pierwszym razem za zdjęcie walczących rycyków. Kolejną nagrodę otrzymał za zdjęcie srokosza zmagającego się z nabitą na cierń myszą. – Miałem jeszcze kilka innych sukcesów w mniejszych konkursach. Wiele moich zdjęć było publikowanych w różnych książkach, czasopismach i broszurach – dodaje skromnie farmaceuta.

Droga do takich nagród i poziomu, na jakim obecnie jest Marcin, jest długa i wyboista. Niestety, oprócz wytrwałości i pasji, potrzebna jest tutaj również… głęboka kieszeń. Fotografia przyrodnicza to bowiem dość kosztowne hobby. – Sprzęt i całe wyposażenie to jedno. Jeśli chcemy mieć w swoim portfolio wiele ciekawych gatunków, niestety trzeba przejechać wiele kilometrów i to generuje spore koszty. Na wybrzeżu jest dużo interesujących miejscówek, jednak do każdej z nich mam przeważnie 50–100 km w jedną stronę – przyznaje farmaceuta.

Mówi się, że to fotograf robi zdjęcia, a nie sprzęt. Marcin przyznaje, że nie jest to do końca prawda, bo pewnych braków sprzętowych nie jesteśmy w stanie przeskoczyć nawet przy wprawnym oku, refleksie i artystycznym podejściu. Podstawowy teleobiektyw, który będzie robił przyzwoite zdjęcia kosztuje ok 4,5 tys. zł, a amatorska lustrzanka 2–3 tys. zł. Następny stopień wtajemniczenia to koszt 15–25 tys. zł za profesjonalny obiektyw i 5–10 tys. zł za półprofesjonalną lustrzankę. – Najbardziej zaawansowany sprzęt to już gigantyczne pieniądze. Teleobiektyw kosztuje ok. 60 tys. zł, a profesjonalna lustrzanka – 25 tys. zł. Do tego dochodzi dobry statyw z głowicą, plecak i kilka innych drobiazgów i wychodzi 100 tys. zł – wylicza Stefańczyk, ale od razu dodaje jednak, że nie ma się co załamywać, bo nawet sprzętem z pierwszej grupy cenowej można wygrać konkurs i robić ładne zdjęcia, które bez kompleksów da się pokazywać w sieci.

Rodzina, cele i marzenia

A co o jego pasji myśli rodzina? Będąc kawalerem, poświęcał na hobby każdą wolną chwilę. Marcin przyznaje, że od kilku lat nie jest w stanie przeznaczyć na to tyle czasu, ile by chciał. – Nie robię już tak dużo zdjęć, jak kiedyś i często zdarza mi się jechać na łono natury tylko z lornetką poobserwować przyrodę.  Żona bardzo mnie dopinguje i nawet jeśli nie chce mi się akurat jechać w plener, ona namawia mnie, bo wie, że sprawia mi to wiele radości i na pewno wrócę zrelaksowany. Czasem jedziemy razem – przyznaje farmaceuta.

Choć na swoim koncie Marcin ma wiele osiągnięć i tysiące zdjęć, to nadal widzi przed sobą nowe wyzwania i cele. – W Polsce jest wiele gatunków ptaków, które chciałbym chociażby zobaczyć.  Z tego, co pamiętam, to na terenie naszego kraju widziałem ok. 280 gatunków. Najbardziej wytrawni ptasiarze widzieli ponad 350 – przyznaje farmaceuta i dodaje, że jego fotograficznym marzeniem jest kulon. – To gatunek, który od jakiegoś czasu nie zalicza się do krajowej lęgowej awifauny; spotykany jest bardzo rzadko jedynie w czasie przelotów. Jeszcze w latach 80. był lęgowy w moich rodzinnych stronach na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

Jego marzeniem jest także sfotografowanie największej europejskiej sowy, jaką jest puchacz, oraz największego naszego kuraka, głuszca. – Oba gatunki są bardzo rzadkie i skryte i nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się spełnić to marzenie – mówi farmaceuta.

Jednocześnie Marcin dodaje, że póki co nie interesuje go fotografowanie innych zwierząt czy… ludzi. – Jadę w teren zawsze z myślą o fotografowaniu ptaków. To nimi jestem pochłonięty w stu procentach. Czasami zdarza mi się uwiecznić jakiegoś ssaka, jednak przeważnie jest to czysty przypadek – przekonuje i dodaje, że kiedyś chciałby swoje portfolio powiększyć o kilka gatunków ssaków, jak np.: kunę, wilka, wydrę, borsuka czy jelenie na rykowisku. – Nigdy jeszcze nie byłem na rykowisku, a jest to niesamowity spektakl przyrody, który pamięta się do końca życia. Może tej jesieni będę mógł podziwiać to widowisko – wyjawia.


Zacytuj ten artykuł jako:

  • Łukasz Waligórski, Ptasi fotograf, MGR.FARM, nr 2/2019 (24), str.L4-L9
REKLAMA
REKLAMA
Ikona Google News
mgr.farm na Google News Śledź najnowsze wiadomości
Dołącz do nas
REKLAMA